Cena strachu

Instytucje unijne poprosiły nas, byśmy wyrzekli się znacznej części polskiej niepodległości. Jeżeli Polska tej prośby nie wysłucha, mają na nas spaść istne plagi egipskie. Tak wygląda narracja, którą przedstawia opozycja, ale też coraz bardziej przyjmuje ekipa rządząca.

Pretekstem jest bój o Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Z bardzo mglistych wywodów Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej możemy się dowiedzieć, że Izba Dyscyplinarna nie jest sądem, bo nie zasiadają w niej odpowiednio wybrani sędziowie. To niesłychany absurd, bo wszyscy jej członkowie mają przynajmniej kilkunastoletnie doświadczenie sądownicze i zostali sędziami, zanim ktokolwiek zaproponował jakiekolwiek reformy. Drugi zarzut wiąże się z tym, że sędziów do tej Izby dobiera przynajmniej na jakimś etapie parlament. W Sądzie Najwyższym zasiadają osoby powołane jeszcze przez Radę Państwa, organ totalitarnego reżimu okupacyjnego. To wątpliwości TSUE nie budzi. Przewietrzenie tego towarzystwa przez parlament wybrany w demokratycznych wyborach powoduje opór instytucji europejskich. Dotychczasowe struktury dyscyplinarne Sądu Najwyższego działały tak, że jedynym sądem, który mógł skazać zbrodniarzy w togach, był Sąd Niebieski. To samo zresztą dotyczyło pospolitych przestępstw. 

Powołanie sądu dyscyplinarnego problemu nie rozwiązało. Mam nieodparte wrażenie, że decyzje blokujące odpowiedzialność niektórych sędziów były próbą przypodobania się TSUE. Klasyczna sytuacja: ani rubla, ani cnoty. Możemy więc domagać się zmiany formuły tego sądu, ale nie dlatego, że tak nam każe TSUE. W tej sprawie ustępować nie wolno. Jeżeli robiąc własne reformy zamkniemy im na chwilę usta, to tylko lepiej. Chodzi wyłącznie o to, by nie było tam żadnego elementu podporządkowania się instytucjom unijnym nieobjętego traktatami. Zresztą żaden traktat nie może być sprzeczny z polską konstytucją. 

Co do unijnych kar – komisarze unijni zapowiadają, że wypłata środków z Funduszu Odbudowy nie może się wiązać z kwestią praworządności, poza oczywiście walką z korupcją. Jedynym znanym politykiem w Polsce, który jest oskarżony o defraudowanie unijnych pieniędzy, jest Sławomir Nowak, prawa ręka Donalda Tuska. Biorąc serio obawy unijnych urzędników, to jedynym zagrożeniem dla wypłaty unijnych pieniędzy powinno być dojście Tuska do władzy. Problem w tym, że ich działania właśnie mają to uprawdopodobnić. Chcą doprowadzić do kryzysu rządowego, po którym Tusk ma dostać władzę. 

Czy więc coś nam naprawdę grozi ze strony UE? Podobno kary rzędu setek milionów euro rocznie za niewykonanie decyzji TSUE. To oczywiście sporo, ale za Tuska przez kilka dziur w finansach państwa wyciekało więcej w tydzień. Ja bym zaryzykował. 

Nie należy też puszczać płazem bezprawnych działań Unii. Wiele pieniędzy idzie do niej z naszych podatków. Może pora zacząć myśleć o jakichś realnych retorsjach za brak praworządności w UE?
 

 

Źródło:

Tomasz Sakiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo