Stawianie na Tuska

Powrót Donalda Tuska okaże się najprawdopodobniej błędem opozycji. Jeśli nie teraz, to w dłuższej perspektywie. Polska opozycja bowiem cały czas, począwszy od 2015 r., błędnie odczytuje sytuację społeczną w Polsce i wokół siebie.

Po kilku tygodniach z Donaldem Tuskiem w polskiej polityce (jako najstarszym wiceprzewodniczącym PO i zarazem pełniącym funkcję lidera tej formacji) widać wyraźnie mniej entuzjazmu wokół jego postaci. Sceptycznie do niego odniosła się nie tylko reszta opozycji, lecz także część platformowych elit. Co więcej, sondażowy efekt Tuska jest raczej ograniczony. Ot, po prostu Koalicja Obywatelska i Polska 2050 znowu zamieniły się miejscami. Sam Tusk próbuje różnych narracji, bo widzi, że kolejne nie działają zbyt dobrze. Ponadto wydaje się, że były premier nie wkłada zbyt dużo energii w swoją aktywność polityczną. Być może zdał sobie już sprawę, że to, co może zrobić, nie da efektu. A to, co może dać efekt, nie jest wykonalne z Donaldem Tuskiem jako liderem i twarzą opozycji. Elity opozycyjne jednak, przede wszystkim medialne, wciąż nie widzą tego, co widzi on. Wciąż żyją w swoim świecie, co w ograniczony sposób pozwala im zrozumieć rzeczywistość wokół nich.

Nowy Biden, nowy Macron

Zdaje się, że elity opozycyjne w Polsce chcą powtórzyć manewr, jaki udał się ich lewicowo-liberalnym odpowiednikom w USA. Chodzi oczywiście o zwycięstwo Joego Bidena nad Donaldem Trumpem. Liberalny polityk, kojarzony z popularnym prezydentem Barackiem Obamą, wygrał tam z „populistycznym” Trumpem. Uznano więc, że odwołanie się do liberalnej przeszłości pozwala wygrać z „populizmem”. W Polsce z „populistycznym” PiS ma więc wygrać proponujący dosłowny powrót do przeszłości Donald Tusk. Nie zwrócono jednak uwagi, że Biden wygrał z Trumpem w nadzwyczajnych okolicznościach, czyli w czasie pandemii. Jednak już dzisiaj widać, że doszło do pomyłki.

Z „polskim Bidenem” może być jak z „polskim Macronem”. Warto przypomnieć, jak liberalne elity w naszym kraju po wyborach we Francji w 2017 r. szukały polskiego kandydata na Emmanuela Macrona. Mieli nim zostać chociażby Robert Biedroń czy Rafał Trzaskowski. Uważano wtedy, że sposobem na pokonanie „populizmu” jest znalezienie młodego, przystojnego polityka praktycznie znikąd. Jednak dzisiaj już nikt nie mówi o „polskim Macronie”. Dzieje się tak z prostego powodu. Francuski prezydent okazał się po czasie niewypałem. Gospodarka nad Sekwaną jest w kiepskim stanie. Młodzi nie mają pracy. Kraj rozrywają konflikty na tle etniczno-religijnym. Żadnego z planów Macrona dotyczących umocnienia Francji na arenie międzynarodowej nie udało się zrealizować. A Francuzi po raz pierwszy od dawna tak wyraźnie pokazali władzy, że mają jej dość, wychodząc na ulice w żółtych kamizelkach.

Netflix za nas wygra

Oprócz błędnych (choć chyba raczej pochopnych) wniosków ze zdarzeń spoza Polski elity opozycyjne wyciągają też błędne wnioski z tego, co się dzieje u nas. Opozycja jest przekonana, że jesienią 2020 r. podczas protestów przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji doszło do jakiegoś wielkiego przesilenia. Od tamtego czasu PiS miało się znaleźć na równi pochyłej, a wśród Polaków (zwłaszcza młodszych) miało dojść do lewicowego przełomu. Po prawie roku widać jednak, że to nieprawda. PiS straciło nieco poparcia, ale wciąż dominuje na scenie politycznej, a próby odwołania się do skrajnie lewicowych poglądów spełzają na niczym. Poparcie dla lewicy jest podobne do poparcia dla Konfederacji, z kolei PO, gdy próbowała poprzeć aborcję na życzenie, zaczęła tracić w sondażach. Jednak opozycyjne elity wciąż wierzą, że przełom miał miejsce.

Dowodem na to jest tłumaczenie powrotu Tuska faktem, że były premier „poczuł krew”. PiS miało jesienią 2020 r. otrzymać taki cios, że Tusk postanowił przyjechać i wykorzystać sytuację do przejęcia władzy. A czerwony dywan, w domyśle liberalnych elit, na salony miał mu rozwinąć Netflix, który rzekomo zmienił młodych Polaków w klony ich zachodnich, skrajnie lewicowych kolegów. Opozycyjne salony święcie wierzą, że młodzież odrzuca prezentowane przez PiS wartości, takie jak patriotyzm i przywiązanie do katolicyzmu, i trzeba jedynie kogoś bardziej umiarkowanie lewicowego, aby przyciągnąć ją do opozycji. Kimś takim ma być właśnie Donald Tusk. Elity opozycyjne nie wgłębiły się w prawdziwe poglądy młodzieży. Owszem, zniechęciły się one do PiS, ale z takiego samego powodu, z jakiego kiedyś zniechęciły się do PO. Chodzi po prostu o niechęć do partii władzy, która zawsze po pewnym czasie denerwuje młodszych wyborców. 

Chadecka lekcja

Być może wśród opozycyjnych polityków i komentatorów są ludzie, którzy rozumieją, co powinno się zrobić, aby wygrać z PiS. Ale jeśli wiedzą, to tego nie robią. Nawet jeśli ktoś odważy się zacząć robić, co trzeba, zaraz jest atakowany przez resztę opozycji. A przecież przepis na pokonanie PiS jest banalnie prosty. Trzeba po prostu stać się PiS. Trochę innym, trochę nowszym, trochę bardziej odświeżonym, ale PiS. Trzeba przerobić w pewien sposób lekcję chrześcijańskiej demokracji. Kiedy w XX w. w demokratycznym świecie triumfy zaczęła święcić socjaldemokracja, chadecy zrozumieli, że trzeba się pogodzić z ideą państwa opiekuńczego, silnych związków zawodowych, państwowej edukacji i służby zdrowia. Chadecja realizowała więc w dużym stopniu program gospodarczy socjaldemokracji, pozostając dzięki temu długo u władzy.

W XX w. chadecy zdominowali europejską prawicę, gdyż dobrze zrozumieli zmiany, jakie zaczęły zachodzić na świecie. Oczywiście, bliższe nam czasy to już inna historia. Obecnie jesteśmy świadkami kolejnej zmiany, tym razem ochrzczonej mianem populizmu. Coraz większą popularnością cieszą się politycy, którzy tak jak PiS proponują politykę narodową, opartą na prorodzinnych programach społecznych, zwiększaniu suwerenności na arenie międzynarodowej i obronie granic przed masową migracją. Co ciekawe, politykę taką zaczynają realizować także politycy liberalni, którzy zrozumieli chadecką lekcję z XX w. Problemem pozostaje jednak jedna rzecz. Populistów wciąż próbuje się stygmatyzować. Jeśli więc liberałowie nie zaakceptują populistycznej rewolucji, mogą mieć problemy ze zdobywaniem i z utrzymywaniem władzy.

Kto chce wiecznych rządów PiS?

Być może opozycji nawet uda się przejąć władzę w Polsce. Może pojawią się tak jak w USA jakieś wyjątkowe okoliczności, ale nie stanie się to na długo. Tak jak władza Bidena może się wkrótce okazać tylko epizodem. Polska opozycja nie przeszła jeszcze chadeckiej ewolucji. Takiej ewolucji tak naprawdę nie przeszedł jeszcze obóz liberalny w większości krajów Zachodu. Liberałowie, także ci w Polsce, muszą ostatecznie pogodzić się z populizmem. Jeśli politycy KO, PSL czy lewicy chcieliby się znaleźć u władzy, muszą ostatecznie skończyć z narracją o odsuwaniu PiS od władzy. Zamiast tego powinni obiecywać, że szybciej zbudują Centralny Port Komunikacyjny, skuteczniej obronią nas przed Brukselą, ostatecznie usuną sędziego Tuleyę z wymiaru sprawiedliwości, poprawią 500+, a dodatkowo obniżą więcej podatków. Czy polska opozycja jest do takiej zmiany zdolna? Jak na razie trudno znaleźć na to jakiekolwiek przesłanki. 

 

Źródło:

Bartosz Bartczak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo