To jest kpina ze śledztwa – komentuje w rozmowie z portalem niezalezna.pl Andrzej Melak, brat śp. Stefana Melaka, informację, że po 2,5 latach po katastrofie smoleńskiej polscy śledczy znaleźli we wraku Tu-154 w Smoleńsku rzeczy ofiar, m.in. męski płaszcz i dużą torbę podróżną.

Jak mówi nam Andrzej Melak, bliscy ofiar katastrofy w lutym otrzymali listy, w których informowano, że w 18 i 25 kwietnia rodziny są proszone do stawienia się w ośrodku żandarmerii w Mińsku Mazowieckim. Bliscy ofiar mieli obejrzeć rzeczy należące do zmarłych. – W liście nie było niestety informacji o tym, że są to rzeczy, które zostały znalezione w październiku 2012 r. – zaznacza Melak.

- Według mnie brakuje wielu rzeczy z tych, które miał przy sobie mój brat, wchodząc na pokład samolotu. Można przypuścić, że po szczegółowym przeglądzie tego wraku, dokonanym profesjonalnie, znaleziono by dziewięćdziesiąt procent przedmiotów należących do ofiar katastrofy. Jednak jak nazwać śledztwem działania, w wyniku których po dwóch i pół roku nadal są odnajdywane dowody rzeczowe we wraku Tu-154? To jest kpina ze śledztwa, łamanie wszelkich zasad jego prowadzenia twierdzi Andrzej Melak.

Także inni bliscy pasażerów tragicznego lotu oburzeni są faktem, że rzeczy ofiar dopiero teraz trafiły do Polski, a wcześniej ich nie znaleziono. „Odkrycie” we wraku - po 2,5 roku od katastrofy - tak pokaźnych przedmiotów jak długi męski płaszcz to kolejny dowód na to, że samolot nie był przedtem praktycznie badany. Skoro bowiem śledczy dopiero teraz znaleźli płaszcz i dużą torbę podróżną, to jak mieli odkryć np. mikroskopijny zapalnik czy drobną nadpaloną część? A takie właśnie elementy przesądzały często o ustaleniu przyczyn katastrofy lotniczej, zwłaszcza wtedy gdy była ona spowodowana zamachem lub awarią maszyny.