Pszczoły bzyczą coraz ciszej

Stale jesteśmy straszeni ociepleniem klimatu, groźbą chaosu, jaki spowodują fale migracji, wojnami o wodę czy zagrożeniem cyfrowego hakerskiego ataku paraliżującego świat. Tymczasem od lat krąży nad nami widmo globalnej katastrofy zupełnie innego rodzaju. W skali globu wymierają pszczoły. A bez nich na tym padole my, ludzie, nie mamy racji bytu.

pixabay.com/mariananbu

Co jakiś czas w mediach, także w Polsce, o wymieraniu pszczół robi się głośno. Ciszej mówi się o tym, że nie bardzo do końca wiadomo, dlaczego dochodzi do masowego wymierania, i że w związku z tym nie bardzo jest jak udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: jak temu przeciwdziałać? O pszczoły niby martwią się wszyscy, ale nie wszyscy mają z nimi ten sam interes. Wiele wskazuje na to, że by naprawdę ratować pszczoły, my, ludzie, musielibyśmy zrezygnować z wielu rzeczy, które uważamy za zdobycze cywilizacji. A tego w większości bardzo nie chcemy.

Pszczoły, czyli życie

Miód, wosk, pył, pszczele produkty tak ważne dla nas to tylko niewielki i w sumie nie tak ważny element, jaki pszczoły wnoszą do świata. To, co czyni je tak ważnymi dla wszystkich stworzeń na ziemi, to ich zdolność zapylania roślin. Latając z kwiatka na kwiatek i zbierając nektar, owady roznoszą pyłki roślin, a dzięki temu te mogą się rozmnażać. Bez tego procesu życie roślin, żywiących się nimi zwierząt i w efekcie zwierząt, które żywią się roślinożernymi stworzeniami, zamrze. Pęknie łańcuch, w którym jednym z ogniw jest człowiek.

Pękanie tego łańcucha jako pierwsi odczuli na swojej skórze mieszkańcy Ameryki Północnej. W USA i Kanadzie, gdzie od lat dominuje wielkotowarowe rolnictwo, już na początku lat 90. XX w. zaczęto dostrzegać, że masowo giną całe rodziny pszczół. Później podobne informacje zaczęły docierać z Europy. A raczej zdano sobie sprawę, że to to samo zjawisko. Zaczęto je badać, przeglądać rejestry sprzed lat. Okazało się, że symptomy masowego wymierania pszczół w USA mogły mieć miejsce już w 1918–1919 r. Jak mówi Wikipedia, od 1972 do 2006 r. dramatycznie spadała liczba dzikich pszczół miodnych i znacząco, choć stopniowo, liczba pszczół miodnych hodowanych przez pszczelarzy w USA. W Ameryce od lat 90. straty w rodzinach pszczelich utrzymywały się na stałym poziomie ok. 17–20 proc. Do lutego 2007 r. komercyjni pszczelarze z kilku stanów poinformowali o ogromnych stratach spowodowanych przez masowe ginięcie pszczół. Raporty dotyczące strat, jakie ponieśli pszczelarze, znacznie się od siebie różniły, wykazując od 30 proc. do 90 proc. pszczelich populacji; niektórzy informowali o utracie prawie całych kolonii lub o osłabieniu kolonii na poziomie niepozwalającym na dalsze zapylanie czy produkcję miodu.

W Europie nie było lepiej. W 2008 r. Stowarzyszenie Pszczelarzy z Wielkiej Brytanii doniosło, że populacja rodzin pszczelich w Wielkiej Brytanii spadła o ok. 30 proc. między 2007 a 2008 r., a badania wykazały, że współczynnik umieralności we Włoszech jest jeszcze wyższy i wynosi 40–50 proc. Urzędnicy Europejskiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Żywności podkreślali wtedy jednak, że takie dane nie są wiarygodne i są wynikiem nieujednoliconego sposobu liczenia rodzin pszczelich w poszczególnych krajach.

CCD – zespół masowego ginięcia

Dane bywały podważane, ale samo zjawisko nie zostało zakwestionowane i eksperci z całego świata przyjęli, że mamy do czynienia ze zjawiskiem zespołu masowego ginięcia pszczoły miodnej – z angielskiego CCD (Colony Collapse Disorder). Jedna nazwa, ale na to zjawisko składa się wiele przyczyn. Pszczoły zabijają bowiem choroby wirusowe, część środków ochrony roślin, a także stres. Istnieją także inne do końca niezbadane powody, jak np. wpływ pola elektromagnetycznego. Jak wykazały dotychczasowe badania pilotażowe, zachowania pszczół poddanych silnej ekspozycji na fale elektromagnetyczne emitowane przez telefony komórkowe ulegają drastycznym zmianom.

A to grozi im śmiercią. Pszczoły mają bowiem receptory pola magnetycznego, dzięki którym orientują się w terenie. Jeśli stracą tę orientację, nie trafią do ula i zginą. Zaburzenie zmysłu orientacji to także efekt stosowania niektórych środków owadobójczych. Pestycydy z grupy meonikotynoidów upośledzają ten pszczeli zmysł, ale nie tylko. One oraz np. pestycydy z grupy fenicydów powodują, że pszczoły tracą odporność, są bardziej wrażliwe na wirusy i pasożyty. Przykładem takiej choroby wirusowej, która zabija larwy pszczół, jest zgnilec amerykański pszczół. Choroba ta dotarła także do Polski i już całe rejony w kraju uznane są za nią objęte. To jedyna choroba pszczół podlegająca w Polsce obowiązkowi zwalczania na mocy ustawy, tak jak np. wścieklizna u ssaków.

Choć nie ma jednej przyczyny CCD, to efekt jest ten sam: pszczoły umierają i nie ma kto zapylać upraw. Rolnictwo w Ameryce Północnej przekonuje się o tym co rok. W tym roku w Kanadzie może zabraknąć pszczół do zapylania sadów. Tamtejsi dzierżawcy uli, którzy wypożyczają pszczoły do zapylania upraw, obwiniają za ten stan rzeczy niespodziewane, wyższe niż normalnie straty rodzin pszczelich w niektórych regionach powodowane fatalną pogodą, co kosztowało ich setki tysięcy dolarów. Ponadto mówi się o nieprawidłowym użyciu pestycydów przez samych sadowników i uprawach monokulturowych, które nie sprzyjają bioróżnorodności.

Niepokój w polskim ulu

W Polsce niedoboru pszczół nie ma. Od lat 90. ich przybywa. Modne stało się lokowanie pszczelich rodzin w miastach. Nie tylko w rolniczej prasie można przeczytać, że „71 proc. Polaków jest przekonanych, że pszczoły masowo wymierają i jest ich zbyt mało. Tymczasem od lat 90. stale przybywa rodzin pszczelich. Obecnie w naszym kraju żyje ponad 60 mld pszczół, co daje 1,5 mln rodzin pszczelich. Jak wynika z badań, większość z nas nie wie, jaką rolę odgrywają pszczoły w środowisku, i posługuje się zasłyszanymi stereotypami na ten temat”. Albo „Upadki spowodowane nieprawidłową ochroną roślin nie przekraczają pół procenta ogólnej liczby takich zdarzeń w skali roku. Należałoby tutaj przytoczyć liczby podane przez Główny Inspektorat Ochrony Roślin i Nasiennictwa, według którego w 2015 i 2016 r. potwierdzono odpowiednio 7 i 20 przypadków zatruć pszczół nieprawidłowo stosowanymi środkami ochrony roślin na ponad 60 tys. pasiek w Polsce” – mówi dr Grzegorz Pruszyński z Instytutu Ochrony Roślin w Poznaniu.

A jednak w polskim ulu panuje niepokój i fakty wskazują, że ma swoje podstawy. Rzecz w tym, że rzeczywiście w rolniczych mediach pszczoły mają się dobrze i straty powodowane opryskami to margines. W pszczelarskich mediach i w rozmowach z pszczelarzami już tak pięknie nie jest. Towarowe, wielkoobszarowe rolnictwo w Polsce funkcjonuje raptem dwie dekady i to, co dzieje się w USA czy Kanadzie, dopiero przed nami, a już co roku mamy sytuacje, w których to właśnie opryski stanowią według pszczelarzy powód wyginięcia milionów pszczół.

W tym roku w maju prokuratura w Turku wszczęła śledztwo w sprawie masowego zatrucia rodzin pszczelich w miejscowości Brudzew. Owady padły najprawdopodobniej po opryskaniu pola rzepaku środkami ochrony roślin. Sprawę zgłosiła tamtejsza prezes koła pszczelarskiego. Zawiadomiła policję o tym, że w prowadzonej przez nią pasiece, składającej się z 46 rodzin pszczelich, zauważyła leżące wokół uli martwe pszczoły, które miały wysunięte języczki, co może świadczyć o zatruciu środkami chemicznymi. Również w maju tego roku do sądu w Świdnicy trafił akt oskarżenia w sprawie rolnika, który opryskami doprowadził do zatrucia 7,5 mln pszczół. Stało się to w ubiegłym roku. Po badaniach, które potwierdziły zarzuty pszczelarzy, rolnikowi postawiono zarzut zniszczenia znacznych rozmiarów dokonanego w świecie zwierzęcym, do którego doszło wskutek oprysku niedopuszczalną substancją. Za ten czyn grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Mężczyzna nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Wskutek jego działań stratę wycenioną na 560 tys. zł poniosło sześć osób.

Takich spraw jest więcej m.in dlatego, że pszczelarze częściej zgłaszają wypadki na policję i śledztwa podejmuje prokuratura, a sądy wydają wyroki skazujące.

Wyrok za śmierć pszczół

Przełomem okazał się wyrok z 2014 r. Cała historia miała miejsce cztery lata wcześniej. „Po wiosennej powodzi z 2010 r., która nawiedziła południe Polski, na zalanych terenach pojawiła się plaga komarów. Władze Biecza (woj. małopolskie) postanowiły pomóc mieszkańcom miasteczka i okolicznych terenów. Wynajęły firmę, która miała opryskać chemikaliami teren gminy z samolotu. Opryski wykonane przez firmę Joanny S. okazały się tragiczne dla pszczelarzy. Przez użycie niewłaściwego preparatu wyginęło ok. 2 mln pszczół (358 rodzin pszczelich) oraz innych owadów zapylających. Pszczelarze oszacowali swoje straty na 262 tys. zł” – informował Portal Pszczelarski.
Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożyli członkowie Koła Pszczelarzy w Bieczu. Prokuratura Rejonowa w Gorlicach dwukrotnie umarzała śledztwo, ale pszczelarze nie poddawali się i składali odwołania od decyzji prokuratury. Po trzech latach starań 14 pszczelarzy z miejscowego koła doczekało się jej finału sądowego. Wyrok zapadł 3 lutego 2014 r. Właścicielka firmy została uznana za winną niewłaściwego przeprowadzenia oprysków przeciw komarom na zlecenie zastępcy burmistrza Biecza i skazana na karę czteromiesięcznego pozbawienia wolności.

Dzięki tej decyzji gorlickiego sądu pszczelarze z Biecza mogli ubiegać się o odszkodowanie przed sądem cywilnym.
Odkomarzanie stało się od tamtej pory popularne w całej Polsce i nie tylko w Bieczu doszło do wytrucia i komarów, i pszczół. 40 tys. pszczół stracił w ten sposób rok temu Paweł Kukiz. „To są martwe pszczoły... Jedna z czterech posiadanych przeze mnie pszczelich rodzin... Najlepsza... Ogromnie pracowita... Całkowicie wyginęły jednego dnia zatrute chemią...

Tyle się mówi o tym, by opryski robić po 20, kiedy pszczółki są już w ulu... I echo... Ja rozumiem, że mamy plagę komarów, że gryzą, że swędzi, ale błagam – sami na świecie nie jesteśmy, a jeśli pszczół braknie, to i nas nie będzie...” – napisał wtedy Kukiz na Facebooku, pokazując zdjęcia martwej pszczelej rodziny.

Zanim zapadnie cisza

Właśnie dlatego, że nie jesteśmy sami na świecie, musimy dbać o pszczoły i o to, by w Polsce ich nie brakowało. Wyciągając lekcję z amerykańskich doświadczeń sami z siebie, ale i przymuszeni prawem musimy stosować regulacje dotyczące stosowania środków ochrony roślin, nie stosować tych, które zabijają pszczoły, stosować się do zasad, które ratują im życie, jak choćby tych o porach dnia, czy informować pszczelarzy w okolicy o ich przeprowadzaniu, by mogli przenieść lub zamknąć ule.

Można dyskutować, czy zakazy takie jak w Niemczech są dobrym rozwiązaniem. Tam pszczoły, ale także osy czy szerszenie, są pod ochroną – za ich zabicie są wysokie kary. Grzywny, w zależności od regionu i gatunku zabitego owada, wahają się od 5 do nawet 65 tys. euro.

Jedno jest jednak pewne – jeśli na łąkach, polach i drzewach ustanie pszczele bzyczenie i zapadnie cisza, dla nas, ludzi, będzie to cisza grobowa.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, niezalezna.pl,

#Gazeta Polska Codziennie

Jarosław Molga
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo