Historia pewnego orderu

Medal od Węgrów dostałem dziewięć lat po naszym pierwszym zbiorowym wyjeździe na ich święto powstania narodowego. Ma być ukoronowaniem tego, co przez ten czas wydarzyło się w naszych relacjach.

Krzyż Kawalerski Orderu Węgierskiego, który mnie i Ryszardowi Kapuścińskiemu wręczyła na zjedzie Klubów „Gazety Polskiej” ambasador Węgier, przyprawił mnie o pewien rodzaj uczuć, których doznaję niezwykle rzadko. W zasadzie w związku z działalnością publiczną i medialną staram się nie przeżywać silnych emocji, zostawiając sobie niszę na empatię wobec zwykłych ludzi i celebrowanie świąt narodowych i religijnych. Silne uczucia w działalności publicznej szybko wypalają człowieka i powodują jego wycofanie się albo niebezpieczny rodzaj znieczulicy, który pozbawia liderów społecznej perspektywy. Jednak tym razem nie byłem w stanie pozbyć się prawdziwych emocji i mam wrażenie, że stało się coś, co może mieć przynajmniej dla mnie trwałe znaczenie. Do tej pory nie przyzwyczajałem się do pochwał, nagród i odznaczeń, tym bardziej że tych dwóch ostatnich pewnie nie miałem za wiele. Owszem, niezwykle często spotykałem się z uznaniem zwykłych ludzi i czasem kurtuazyjnym docenieniem ze strony niektórych polityków, ale raczej musiałem przywyknąć do codziennych procesów, nieprawdopodobnych wyzwisk w internecie i absurdalnych oskarżeń w mediach. Kiedy dowiedziałem się z „Gazety Wyborczej”, że w Krakowie mam pałac (chodziło o kupione na kredyt mieszkanie do remontu), postanowiłem, że nie będę zaprzeczał. W końcu wolno mi pomarzyć, a redaktorzy specjalnej troski z „GW” tylko pobudzili moją fantazję. Masochistycznie zacząłem się lubować w kolejnych oskarżeniach, a im bardziej były absurdalne, tym przyprawiały mnie o lepszy humor. Aż tu nagle drugi raz w życiu dostaję od innego państwa odznaczenie. Pierwsze przyznała mi Rada Narodowego Bezpieczeństwa Ukrainy za udział w zorganizowaniu konwoju humanitarnego w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Pewnie medykamenty uratowały wiele istnień ludzkich i wdzięczność Ukraińców była zrozumiała. Zresztą bardzo szybko spotkała mnie za to kara, bo przetłumaczono, że order dostałem od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i od razu ogłoszono mnie pupilkiem bezpieki i banderowcem. Jako krewny ofiar nacjonalistów ukraińskich miałem podwójnie za swoje. 

Medal od Węgrów dostałem dziewięć lat po naszym pierwszym zbiorowym wyjeździe na ich święto powstania narodowego, z pełnym uzasadnieniem, ceremoniałem i jeszcze za zgodą polskiego prezydenta. Ma być ukoronowaniem tego, co przez ten czas wydarzyło się w naszych relacjach. Robiliśmy, co mogliśmy, by mimo różnic i problemów ta współpraca była jak najgłębsza. Chodziło też o to, żeby przykład polsko-węgierski zachęcił inne narody, by nadeszła wiosna wolnych narodów Europy. Ta wiosna się zbliża, choć siły tych, którzy narzucają Europie dotychczasowy porządek, przystąpiły do kontrataku. 

W 1848 roku Polacy i Węgrzy nie dali rady Habsburgom i Rosjanom. Bitwa o wolność znowu się rozstrzygnie, choć tym razem bardziej przy pomocy narzędzi politycznych i ekonomicznych. Wielu ludzi w różnych państwach musi się w tę bitwę włączyć. Bez względu na jej rozstrzygnięcie śladem tej walki będą przyznane nam od Węgrów odznaczenia. I stąd te moje mieszane uczucia, bo nagrodzono coś, co było rzeczywistym moim i moich przyjaciół z redakcji i klubów „GP” zamiarem. Stworzyliśmy pewien pomysł na realizację idei ojców zjednoczonej Europy w warunkach narastającej dyktatury neomarksistów i ukrytych nacjonalistów z największych państw kontynentu. 

Muszę się przyzwyczaić, że wielu ludzi nad Wisłą, Dunajem, a może w innych krajach myśli podobnie. 

Trudno wtedy słuchając polskiego i węgierskiego hymnu nie mieć łez w oczach. 
 

 

Źródło:

Tomasz Sakiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo