Jarosław Kaczyński: Narzuca się odpowiedź - doszło do wybuchu

Z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawiają Katarzyna Gójska-Hejke i Tomasz Sakiewicz. Czy trzy lata po katastrofie smoleńskiej można już z dużą dozą pewności powiedzieć, co się stało rankiem 10 kwietnia 2010 r.?

Igor Smirnow/Gazeta Polska
Z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawiają Katarzyna Gójska-Hejke i Tomasz Sakiewicz.

Czy trzy lata po katastrofie smoleńskiej można już z dużą dozą pewności powiedzieć, co się stało rankiem 10 kwietnia 2010 r.?
Możemy powiedzieć, co się na pewno nie stało. Nie stało się to, co podaje oficjalna wersja zdarzeń zaordynowana przez MAK i przyjęta przez komisję powołaną przez premiera Tuska. Wiemy natomiast, że mieliśmy do czynienia z szeregiem niebywałych wydarzeń, jeśli chodzi o przygotowanie tej wizyty i o sam lot. Możemy z całą pewnością powiedzieć, że Rosjanie najpierw nakazali schodzenie do wysokości przed lądowaniem, a następnie rozkazem „pas wolny” nakazali lądowanie. Mimo że – podobno – nie było do tego warunków. Co ważne, decyzja o tym, iż samolot rządowy RP ma lądować, została wydana w Moskwie, o czym mało się mówi, a jest to istotna informacja. Możemy też powiedzieć na pewno, że ten samolot nie mógł się rozbić z takich powodów, jakie są podawane – mówię tu o brzozie. Nie ma również wątpliwości co do tego, że gdyby rzeczywiście uderzył w podłoże z taką prędkością, co do której nie ma sporu – 9 m na sekundę, czyli tyle, ile przy normalnym lądowaniu – to o żadnym rozpadzie na tysiące części nie mogło być mowy. Jest nawet wysoce prawdopodobne, że nawet by nie pękł. W takiej sytuacji pytanie o to, co naprawdę stało się w pobliżu lotniska w Smoleńsku, nasuwa się samo. Co było przyczyną tak nieprawdopodobnego zniszczenia samolotu? Narzucającą się odpowiedzią jest stwierdzenie, że doszło do wybuchu.

Jeżeli wybuch, to kto go przygotował?
Jeżeli wybuch, to możliwości jest naprawdę mnóstwo. Nie chcę w tym momencie o tym rozmawiać, bo moje wypowiedzi zbyt łatwo stają się przedmiotem dywagacji. Nie będę spekulował, kto mógł to zrobić, ale wiem, że gdybym był prokuratorem prowadzącym tę sprawę, badałbym przynajmniej kilka hipotez dotyczących sprawców.

Łącznie z tą, że pomysł i wykonanie wyszły z Polski.
Wszystkie. Także tę.

Jaki jest udział polskich władz w katastrofie smoleńskiej – co dziś możemy z pełnym przekonaniem o nim powiedzieć?
Udział jest oczywisty – rozdzielenie wizyt. Powinien być wspólny wyjazd, gdyż obchody katyńskie były okazją wspólną. Proszę zwrócić uwagę na pewną kwestię. Normalnie ta władza niesłychanie liczyła się z sondażami, a w tym wypadku nie postąpiła tak, jak życzyła sobie tego opinia publiczna. Badania wskazywały jednoznacznie, że większość Polaków chciała, aby prezydent i premier uczcili razem pamięć zamordowanych przez Rosjan Polaków. Poza tym rząd ponosi odpowiedzialność za obniżenie statusu wizyty z udziałem prezydenta do takiego, który nie zapewniał bezpieczeństwa głowie państwa, ale i całej towarzyszącej jej delegacji. Po trzecie, to obóz rządzący odpowiada za to, że nie było wówczas – teraz już są – nowych samolotów, a także za odstąpienie od przeprowadzanych normalnie procedur związanych ze sprawdzeniem lotniska. Premier Tusk musi również wyjaśnić, czego dotyczyły rozmowy szefa jego kancelarii z Rosjanami w restauracji w Moskwie. Pozostaje jeszcze odpowiedzialność za wszystko, co działo się po katastrofie – za to, co syntetycznie ujmuje ta, jak sądzę prawdziwa, informacja o zaleceniach dla ludzi PO, która nakazywała im tłumaczyć tragedię błędem pilotów. Kto i dlaczego wymyślił ten przekaz dnia? Doskonale pamiętam, że mnie o winie pilotów wkrótce po katastrofie powiedział minister Sikorski. Stąd pytanie: skąd on mógł to wiedzieć? I skąd od razu miał pewność, że wszyscy zginęli?

Cały wywiad można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”

 

 


Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Tomasz Sakiewicz,Katarzyna Gójska-Hejke
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo