Lisiewicz dla Niezalezna.pl: winowajca przegranej jest jeden. Nazywa się Zbigniew Boniek

Wybrał na trenera reprezentacji Polski Jerzego Brzęczka, chociaż wszyscy wiedzieli, że się nie nadaje, bo jest po prostu średniakiem. Gdy kolejne mecze, mimo ogromnego szczęścia reprezentacji, pokazywały, że sukcesu na Euro z Brzęczkiem nie będzie, trzymał go dalej. Kiedy wreszcie nawet najwięksi krytycy Brzęczka uznali, że mimo wszystko trzeba mu kibicować, bo na zmiany za późno, Boniek zastąpił go szalenie ambitnym Paulo Sousą, dając mu za mało czasu na wprowadzenie aż tak odważnych zmian. Gdyby tak choć pół roku wcześniej… Dodajmy jeszcze jedno kuriozum: na cztery dni przed Euro Boniek, zamiast skupić się całkowicie na mistrzostwach, procesował się z dziennikarzami. I warto zapamiętać, o co – pisze dla portalu Niezalezna.pl Piotr Lisiewicz, zastępca redaktora naczelnego Gazety Polskiej.

Fot. Zbigniew Boniek w koszulce CCCP po meczu ze Związkiem Sowieckim w 1982 r., screen TVP.

Podczas meczu Polska-Szwecja wskazałem wprawdzie innego winowajcę, wyłączając fonię, bo gdy Dariusz Szpakowski po tysięczny powtórzył, że wygraliśmy tylko z Andorą, miałem ochotę go zastrzelić, więc by powstrzymać mordercze żądze musiałem przestać go słuchać. To jest jedyne naprawdę w polskiej piłce nożnej niezmienne: Szpakowskiego nie dało się słuchać 30 i 20 lat temu, nie da się też teraz. Ale to kwestia drugorzędna, choć powszechnie znana. Teraz poważniej.

„Za rok następna wielka impreza” – napisał po zakończeniu meczu ze Szwedami Boniek, próbując uciec do przodu przed krytyką. Bo tak naprawdę, obiektywnie biorąc, to on jest głównym winowajcą tego, że reprezentacja nie miała lepszych warunków do przygotowania się do mistrzostw. Z wypowiedzianymi wyżej ocenami dotyczącymi powołania i odwołania Brzęczka zgodzi się zapewne 90 proc. kibiców.

Ale znaczna część uzna, że doklejanie do tego sprawy procesu z Gazetą Polską tu już prywata, choć oczywiście próby zamknięcia jej ust nikt nie popiera. Otóż nie: teksty Piotra Nisztora o związkach Bońka z Andrzejem Placzyńskim, esbekiem który rozpracowywał Jana Pawła II, dotykają ISTOTY problemu. Boniek jako prezes PZPN miał poprawić wizerunek tej organizacji, kojarzonej jako skansen komunistycznych leśnych dziadków. I jako mistrz PR-u, wiecznie dyskontujący swoje dawne piłkarskie sukcesy, WIZERUNEK poprawił, nie zmieniając ISTOTY.

Fakt, że przez całe te 32 lata polska piłka klubowa nie odniosła i nadal nie odnosi sukcesów, mówi wszystko o tym środowisku. PZPN, Ekstraklasa, duża część właścicieli głównych klubów – całe to towarzystwo rządzone jest, mimo odmładzania kadr, przez postkomunistyczne układy. Wyobraźmy sobie III RP, w której nigdy nie było likwidacji WSI, a przez całej 32 lata rządzą nią partia postkomunistyczna, czasem do spółki z jakąś PO – i mamy obraz rządzących polską piłką nożną.

Wbrew modnej narracji o nie mieszaniu sportu w polityką ogłaszam niniejszym: najważniejszym warunkiem zmian w polskiej piłce jest DEKOMUNIZACJA.

Tyle, że ta moja teza zapewne pozostanie uznana za „polityczną”, mało ważną i nie zostanie wprowadzona w życie. Żadni kpiarze ze Weszło ani inni popisujący się elokwencją, a tkwiący w piłkarskim środowisku komentatorzy, nie przychylą się do niej. Zamiast Bońka prezesem zostanie Marek Koźmiński, co ma teścia z SB albo inny gwarant tego, żeby interesiki wiadomych układów trwały.

A to oznacza, że systemowo nie zmieni się nic: degeneracji ulegać będą kolejne roczniki młodych piłkarzy i na „następnej wielkiej imprezie za rok” oraz tych za trzy, pięć i siedem będzie znowu tak samo. No, chyba że jakieś niepolskie kluby wyszkolą jedenastu Lewandowskich… Ale kolejne mistrzostwa pokazują, że szanse na to marne.
 

 

Źródło: niezalezna.pl

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo