Czas miernot

Annegret Kramp-Karrenbauer, szefowa resortu obrony Niemiec, nie powiedziała w swojej karierze politycznej ostatniego słowa, a wręcz przeciwnie – zanosi się na to, że jest w stanie zepsuć i rozmontować jeszcze wiele interesujących rzeczy. Tym z Państwa, którzy nie śledzą zbyt uważnie meandrów polityki naszego zachodniego sąsiada, przypomnę, że owa dama miała zostać następczynią Angeli Merkel, najpierw na stanowisku szefowej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej Niemiec (CDU), a następnie planowano objęcie przez nią teki premiera w rządzie federalnym.

Już 7 grudnia roku 2018 wydawało się, że drzwi salonów są dla niej szeroko rozwarte, gdyż AKK, jak zwą ją sami jej krajanie, pokonała w II turze partyjnej elekcji Friedricha Merza, odwiecznego rywala urzędującej Frau Bundeskanzlerin. Dziś, po latach, wiemy, że Merza wyprzedziłby nawet Miś Colargol, gdyby tylko zdecydował się stanąć w szranki o zdobycie palmy pierwszeństwa wśród zaodrzańskich chadeków, ponieważ pani Angela nigdy nie pozwoliła, aby którykolwiek z jej oponentów zbytnio się umocnił.

Zobowiązania sojusznicze Bundeswehry

Sztandarowym dowodem na postawioną tezę była kolejna porażka, jakiej pan Friedrich doznał podczas ubiegania się o berło w CDU, gdy w styczniu 2021 r. przegrał wyścig z rubasznym Arminem Laschetem, człekiem o charyzmie zużytej opony i temperamencie ślimaka winniczka. Powyższa dygresja ma ukazać moim Czytelnikom, jak działa demokracja u europejskiego hegemona, oraz uświadomić wszystkim, że w Berlinie niczego nie pozostawia się szczęśliwemu trafowi. Jednak aby osiągnąć zakładane cele, nawet tam należy nieco dopomóc całej sekwencji korzystnych przypadków, a i tego nie potrafiła uczynić Kramp-Karrenbauer, co jednoznacznie dowodzi, że w teutońskiej polityce nastał czas miernot.

Czas miernot nad Sprewą nie powinien nas zbytnio smucić, ponieważ historia uczy, że silne Niemcy to gotowy przepis na nieszczęście dla Europy i świata, ale nie możemy przechodzić obojętnie obok spraw związanych z obronnością i zobowiązaniami sojuszniczymi, wynikającymi z partycypacji w Sojuszu Północnoatlantyckim. Główny problem jest taki, że po nieco ponad roku AKK abdykowała z posady liderki chrześcijańskich demokratów, jednak z uporem maniaka tkwi na stołku zwolnionym przez dzisiejszą przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen, czyli stanowisku ministra obrony narodowej.

Osobiście nie mam nic przeciwko kobietom w pionach siłowych, jednak już z dużą rezerwą śledziłem działania von der Leyen, której udało się wyposażyć jeden z batalionów w kije od szczotek zamiast karabinów maszynowych. Skandal miał miejsce we wrześniu roku 2014, kiedy wyszło na jaw, że część wozów bojowych z 371 batalionu grenadierów pancernych nie miała etatowej broni strzeleckiej, a otwory przeznaczone do jej posadowienia zamaskowano atrapami z pomalowanych na czarno kawałków drewna. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że przywołany pododdział zmechanizowany nie był jednostką ostatniej kolejności użycia, markującą szkolenie w jakiejś zapadłej dziurze, ale brał udział w międzynarodowych manewrach Noble Ledger 2014 i na terenie Norwegii kooperował z jednostkami innych krajów wchodzących w skład sił szybkiego reagowania NATO.

Jeśli tak wyekwipowano kompanie sztandarowe mające być w ciągłej gotowości bojowej, to nawet nie chcę myśleć, co działo się w brygadach odwodowych i wsparcia, ale można domniemywać, że panowały tam marazm i degrengolada.

Plany, plany, plany

Marazm i degrengolada w Bundeswehrze nie zniknę wraz z wyjazdem Ursuli von der Leyen do Brukseli i zastąpieniem jej przez Annegret Kramp-Karrenbauer, choć początkowo wydawało się, że idzie nowe i lepsze. Jeszcze za czasów urzędowania pierwszej z pań, w roku 2018, Bundestag uchwalił dość pokaźne kwoty na zakup i modernizację sprzętu, jednak wojska lądowe zostały potraktowane wtedy nieco po macoszemu, ponieważ przeznaczono dla nich raptem 13 proc. środków z całej puli. Wówczas też niemieckie MON zaanonsowało, że na początku trzeciej dekady XXI w. całe siły zbrojne będą w stanie uczestniczyć w pełnoskalowym konflikcie militarnym, ale złożona deklaracja okazała się przedwczesna i prawie natychmiast dodano cały rok do pierwotnie wskazanego terminu uzyskania zdolności operacyjnych.

Ambitne plany przewidywały, że w 2032 r. Niemcy zadysponują dwiema w pełni skompletowanymi dywizjami ogólnowojskowymi, składającymi się z brygady pancernej i dwóch brygad zmechanizowanych każda, wspartych dodatkowo śmigłowcami. Złożoność procedur dowodzenia, wymodelowana nasyceniem zaawansowaną techniką i wielowymiarowością współczesnego pola walki, skłoniła analityków i kadrowców do rozbudowy tradycyjnych oddziałów i pododdziałów rodzajów wojsk, takich jak choćby jednostki artylerii, saperskie, logistyczne czy przeciwlotnicze, będące w bezpośredniej dyspozycji dowódcy związku taktycznego.

Interesujący wydawał się także zamiar skomponowania brygad z aż czterech batalionów bojowych, co dawało im nieco mniejszą manewrowość, ale za to wyśmienicie zrekompensowaną zwiększoną siłę ognia. Brygada pancerna – ta najsilniejsza, przeznaczona głównie do działań ofensywnych – miała mieć dwa bataliony czołgów, jeden zmechanizowany i jeden lekki, zmotoryzowany. Jeśli dodać do tej struktury wyekwipowanie w czołgi Leopard 2A7, to faktycznie, rzecz przedstawiała się imponująco, ale też i niezwykle kosztownie.

Drogo, więc improwizujmy

Koszty, które ktoś podliczył pewnie dopiero po triumfalnym ogłoszeniu kształtu deklarowanych dywizji, a także niespodziewane pandemiczne spowolnienie gospodarcze na-kazały porzucenie marzeń o budowie wojsk lądowych według opisanego powyżej schematu. Jednak – jak to w polityce – nikt nie powiedział tego wprost, a zaczęło się typowo urzędnicze bajanie i podsuwanie surogatów, w których przoduje AKK. Otóż pani minister wyjaśniła, że tylko jedna z dywizji będzie mogła przyjąć planowaną strukturę, druga zaś ma się stać „formacją średnią”.

Cokolwiek by ta fraza oznaczała, jedno jest pewne – zamiast naszpikowanych elektroniką czołgów, za których pozyskanie i eksploatację trzeba płacić bajońskie sumy – używane będą inne pojazdy, takie jak choćby o wiele tańsze bojowe wozy piechoty czy kołowe transportery opancerzone. Literatura przedmiotu mówi, że jednostki posiadające mniejszą siłę ognia muszą być niezwykle manewrowe i mieć zwiększoną autonomię działań, co pozwoli im uniknąć lub zminimalizować skutki porażenia ogniowego przez przeciwnika. Takowe operowanie wymaga odpowiedniego przekonstruowania logistyki, która będzie w stanie dostarczyć szybciej i na dłuższych dystansach bardzo nie-wdzięczne do transportu i niebezpieczne klasy zaopatrywania, ot, choćby amunicję czy paliwa płynne. Jednak pani minister i na to znalazła sposób.

Sposobem podsuwanym niemieckim żołnierzom przez AKK jest rozrost ich własnej inicjatywy w działaniu oraz rozbudowa pododdziałów bojowych kosztem sztabów. Stara, oklepana śpiewka, która nad Wisłą była swego czasu kolportowana frazesem „wysłania policjantów zza biurek na ulicę”. Nawet koalicjanci spod sztandarów Socjaldemokratycznej Partii Niemiec dostrzegli ów myślowy szwindel i już całkiem wprost zarzucili Kramp-Karrenbauer kurczowe tkwienie na posadzie i moszczenie sobie kolejnego gniazda po jesiennych wyborach parlamentarnych.

Cóż, ponieważ przyroda nie znosi próżni, więc ja oczekuję rychłego odgrzania pomysłu budowy europejskich sił zbrojnych, za których funkcjonowanie będą musieli zapłacić wszyscy, byle nie Niemcy. Koncept wydaje się prosty do rozszyfrowania i infantylny, jednakże potwierdza tezę, że mamy obecnie polityczny czas miernot.

Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

 

Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Tȟašúŋke Witkó
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo