Kino nie zniknie

To nie jest tak, że kino zniknie, ale możliwe, że tylko niektóre produkcje, wielkie widowiska filmowe będziemy oglądać w kinach – mówi producent filmowy i ekspert ekonomiczny Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Kamil Przełęcki.

pixabay.com/Bru-nO

Pandemia okazała się darem od losu dla serwisów streamingowych czy wzrost ich popularności i tak by nastąpił, choć później?

Dla serwisów streamingowych to faktycznie jest dar od losu, ale dla kin – katastrofa. Kiedy 15 lat temu tworzyłem pierwszy w Polsce serwis VoD, wydawało mi się, że ta zmiana nastąpi bardzo szybko. Okazało się, że nie. Pomimo coraz bogatszej oferty streamingowej ludzie potrzebowali wydarzenia towarzyskiego, jakim jest wyjście do kina. Jak trafnie ujął to prezes sieci Helios Tomasz Jagiełło w jednym z wywiadów: "Owszem, można przygotować obiad w domu albo zjeść fast food, ale czasami człowiek ma ochotę pójść do restauracji". W pełni się z tym zgadzam. Wyjście do kina to jest celebra. Oglądamy filmy na wielkim ekranie, bo chcemy być częścią publiczności, przeżywać to wspólnie. Gdyby nie pandemia, platformy VoD też by się rozwijały, ale nie tak dynamicznie i nie tak skokowo. Ja osobiście nie postrzegam obecnej sytuacji jako daru od losu, ponieważ kocham kino. I chociaż korzystam z serwisów VoD, nie zastąpią mi one oglądania filmów na wielkim ekranie. Martwi mnie natomiast, że z powodów ekonomicznych duża grupa widzów może utracić tę możliwość, ograniczając się do podobnych cenowo platform streamingowych.

Pana zdaniem teraz, po otwarciu kin, tendencja nie odwraca się na ich korzyść?

Jeżeli porównamy maj 2019 z majem 2021 r. – bagatelizując ograniczenia frekwencyjne, ponieważ one w tej chwili i tak nie stanowią problemu – to zobaczymy przepaść. W maju 2019 r. do kin poszło 3,5 mln widzów, co wygenerowało ponad 66 mln zł. Czerwiec 2019 r. był ciut słabszy. Kina odwiedziło 2,7 mln widzów, a wygenerowało to 48,9 mln zł. W maju 2021 r. widzów w kinach było siedmiokrotnie mniej, tj. 568 tys., a przychody oscylowały w granicach 10,1 mln zł. W czerwcu 2021 r. kina odwiedziło jak dotąd 147 tys. widzów. Zatem po otwarciu kin tej wiosny powrót do normalności jeszcze absolutnie nie nastąpił. Przy czym trzeba pamiętać, że normalność z 2019 r. to była najwyższa wartość na fali wznoszącej od 20 lat. Sprzedano wtedy w całym roku prawie 61 mln biletów. Na ten wzrost złożyło się kilka elementów. Po pierwsze, rosnąca zamożność społeczeństwa przy relatywnie malejącej cenie biletów. Do tego przedpandemiczne znużenie siedzeniem w domu, czyli świadomość, że oglądanie w domu to coś diametralnie innego niż wyjście ze znajomymi. Plus dobra oferta, jaką miało polskie kino.

Może potrzeba więcej czasu, żeby wrócić do takich wyników? Czy skłania się pan raczej ku temu, że pandemia trwale zmieniła przyzwyczajenia widzów?

Być może za kilka lat wrócimy do poziomu, który mieliśmy w 2019 r. Sieci kin przypuszczają, że nastąpi to już we wrześniu 2022 r. Wszyscy bierzemy ten wariant pod uwagę, bo on jest podszyty wiarą, że chętnie wrócimy jako społeczeństwo do oglądania filmów w kinie. Ale jest też drugi wariant, zgodnie z którym przyzwyczajenia osób młodych, dorastających w świecie komputerów spowodują, że oni już przy urządzeniach mobilnych pozostaną. Do tego dochodzi element ekonomiczny, czyli to, że w cenie jednego weekendowego biletu można przez miesiąc oglądać filmy w domu. Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę inny aspekt. Mianowicie to, że niekoniecznie wszystkie filmy będą dostępne w serwisach VoD, a już na pewno nie w jednym. Disney, Warner, Amazon to duże korporacje, które będą chciały się wyróżniać. Biorąc pod uwagę ich interesy, trudno wyobrazić sobie, by powstał jeden wielki serwis, w którym znajdziemy wszystko. Choć pewnie byłoby to dla klienta końcowego bardzo interesujące.

Wracając do pytania, w tej chwili to jeszcze wróżenie z fusów. Mam jednak nadzieję, że potrzeba spotykania się i wspólnego przeżywania okaże się silniejsza. My jako społeczeństwo dojrzeliśmy do tego, by poczuć, że "fajnie jest gdzieś wyjść". Nie jest już niebezpiecznie na stadionie piłkarskim, na meczu w hali siatkówki i nie jest niebezpiecznie w kinie. Lubimy to wychodzenie dla rozrywki. Właściwie żaden ze scenariuszy biznesowych nie zakładał, że to się w kolejnych latach nie uda. A jednak zdarzyło się coś, co sprawiło, że spotykanie się w grupach stało się tymczasowo niemożliwe. Jednak kino to jest coś innego niż pójście do restauracji, bo ludzie muszą jeść i będą wychodzić na spotkania towarzyskie do knajp. Natomiast kino może mieć substytut w postaci VoD. Muszę przyznać, że w czarnych myślach widzę taki scenariusz. Drżę o to, by się nie sprawdził.

Ja też, bo uważam, że nawet jeśli mamy najwyższej jakości kino domowe, odbiór filmu w kinie jest zupełnie inny. Kiedy na sali gaśnie światło i zapada cisza, czujemy się niemal częścią filmowego świata. W domu albo dzwoni telefon albo ktoś z domowników nagle czegoś od nas chce, zmuszając do naciśnięcia pauzy.

Dokładnie, kino to magia. Tak samo jest z koncertami. Mamy w domu płytę, której możemy posłuchać, ale spotkanie zespołu na koncercie, bycie w tłumie publiczności, wspólne przeżywanie to wyjątkowe doświadczenie. Kilkanaście lat temu, kiedy byłem jeszcze po "tamtej stronie mocy", wierzyłem, że odejście od taśmy w kierunku VoD poszerza szansę na dystrybucję dla wielu mniejszych tytułów. Tylko pojawił się nowy problem – nadmiaru i cyrkulacji treści, która sprawia, że nowe filmy wypychają te, które jeszcze długo mogłyby zarabiać w kinach. Gdy zaczynałem budować serwis VoD, widziałem, że istnieje analogia między dystrybucją internetową a wodociągami. Jedni mają rurę, drudzy mają wodę. Biznes jest wtedy, kiedy ci, którzy mają rurę, doprowadzają ją do mieszkań, ale sensem doprowadzenia tej rury i zarabiania na tym jest content. Tutaj na rynku następuje gigantyczne przemieszanie, ponieważ ci, którzy do tej pory byli od rury, zaczynają mieć też wodę, albo ci, którzy byli od wody, zaczynają mieć rurę.

Producent contentu Disney chce być również dystrybutorem tego contentu w internecie. Oni byli wcześniej dystrybutorami kinowymi, ale w formie wirtualnej, czyli pośrednikami dostarczającymi treść do kina, a nie bezpośrednio do widza. Natomiast teraz obcinają coś, co jest wysoko prowizyjne - bo kino zabiera ponad 55 proc. przychodu z biletu - i sami są "kinem" zaglądającym do domów widzów. To fundamentalna zmiana i sądzę, że przyczyny ewentualnych zmian na rynku należy upatrywać w tym, jak zachowają się producenci contentu, którzy nagle otrzymali możliwość ominięcia fizycznego łańcucha dystrybucji, jakim są kina. Z drugiej strony, kiedy 10 lat temu byłem na targach w Cannes, jeden z przedstawicieli dużego studia filmowego wyszedł na scenę i powiedział: "Nie zamieniajcie realnych dolarów na cyfrowe centy". I to też trzeba wziąć pod uwagę. Producenci nie będą mieć on-line takich zysków, jakie mają z kina, ponieważ zyski on-line zaczynają się od momentu globalnej usługi. I leżą raczej po stronie serwisów, a niekoniecznie producentów, jeśli ci nie są jednocześnie dostawcami.

Wspomniał pan o festiwalu w Cannes, który jest nieprzychylny Netfliksowi. Niedawno w wywiadzie dla IndieWire delegat generalny wydarzenia Thierry Frémaux podtrzymał opinię, że filmy konkursowe muszą trafiać w pierwszej kolejności do kin, a dopiero potem na platformy. Jak podkreślił, Netflix nie akceptuje tych zasad. Pana zdaniem w przyszłości serwisy streamingowe wywołają zmiany w regulaminach takich imprez jak Cannes?

Nie umiemy dzisiaj wyobrazić sobie, jak "pięknie" padają giganci. Proszę zwrócić uwagę, ilu hegemonów rynku nie dostrzegło kiedyś jakiegoś trendu i nagle obok wyrósł drugi rynek, na który oni się nie załapali. Choćby Kodak, który obsługiwał miliardy ludzi fotografujących domowe, prywatne wydarzenia na całym świecie. Było raptem parę firm, które - w niewielkim stopniu – mogły z nim konkurować w dostarczaniu negatywu do aparatów cyfrowych. A jednak Kodak zbagatelizował rewolucję technologiczną, sądząc, że fotografia cyfrowa nie zaspokoi potrzeb jakościowych konsumentów. Idąc dalej tym tropem, kto mógł zrobić serwis społecznościowy, jak nie Google? Zrobił go Facebook. Kto, jeśli nie Microsoft mógł zrobić system operacyjny na telefony komórkowe? Zrobił go ktoś inny – tak powstał Android. A co jeśli rynek kinowy też pewnych trendów nie zauważy? Oczywiście to nie jest tak, że kino zniknie, ale możliwe, że tylko niektóre produkcje, duże widowiska filmowe będziemy oglądać w ciemnej sali kina, wspólnie z innymi.

Być może festiwal w Cannes będzie dyktował swoje warunki, ale co, jeśli w tych rozgrywkach nie pozostanie wielu graczy, którym może je dyktować? Czy jeśli teraz drukarnie by się zbuntowały i ogłosiły, że nie będą drukować jakiejś treści, to ich bunt coś by znaczył w dekadzie upadku prasy drukowanej? Nie. Tak samo bunt festiwali może niewiele znaczyć, gdy okaże się, że branża VoD zrobi swoje i powie: "koniec". Albo zrobi własny festiwal. Nie można też pominąć kwestii zmiany pokoleniowej. Na rynek napływa fala młodych twórców. I nie chciałbym przesadzić, ale być może w przyszłości "fame na YouTubie" będzie ważniejszy niż oldschoolowy festiwal w Cannes. Oczywiście, teraz tak nie jest. Dziś Cannes to marka, prestiż, ponieważ rządzą tam dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatkowie. Ale za 20 lat na ich miejsce przyjdą dzisiejsi dwudziestolatkowie, którzy robią filmy zupełnie inaczej i są zafascynowani Netfliksem, HBO, YouTubem. Proszę pamiętać o tej zmianie. Kodak miał kiedyś 5 mld potencjalnych klientów, a teraz nie ma ich wcale.


Kamil Przełęcki to producent filmowy i kierownik produkcji, który pracował m.in. z Andrzejem Wajdą, Jerzym Zielińskim i Maciejem Pieprzycą. Wykłada na kierunkach związanych z filmem i mediami m.in. w Akademii Leona Koźmińskiego, Szkole Wajdy, Gdyńskiej Szkole Filmowej oraz Szkole Filmowej Uniwersytetu Śląskiego. Jest również ekspertem ekonomicznym PISF, założycielem pierwszego serwisu VoD w Polsce i inicjatorem pierwszej równoległej legalnej premiery filmu w kinie i internecie: "Oda do radości" (19.04.2006).

 

Źródło: PAP, niezalezna.pl,

bm
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo