Polskość, targowica i gniew

Niewiele znam tak obrazoburczych polskich książek, jak „Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza. Być może bez skrupulatnej bezwzględności, dystansu i zawziętości tego eseju nie byłoby rządów Prawa i Sprawiedliwości rozpoczętych w 2015 r.

Przypomnijmy jeden z głośniejszych fragmentów „Wieszania”: „Czy gdyby Polacy w ostatnich dniach sierpnia 1794 r. powiesili pod kościołem Bernardynów (…) króla, który ich zdradził, dzieje insurekcji potoczyłyby się jakoś inaczej? (…) Przywódcy insurekcji (…) przegapili wtedy niezwykłą chwilę, jedną z tych chwil, które w dziejach narodów pojawiają się niezwykle rzadko; tę chwilę, w której przed Polakami otwierała się jakaś zupełnie inna przyszłość (niż ta, która nastąpiła) – przyszłość królobójców. Polacy mogli wtedy stać się innym narodem, ich dzieje można było wtedy skierować w inną stronę, mogły też same (popchnięte utajoną w nich dziką, wulkaniczną siłą) skierować się w inną stronę – niewyobrażalną i piękną jak wszystko, co niewyobrażalne”.

Prawo do wieszania

Myśliciel (najwybitniejsi polscy poeci są nimi z reguły) nie pytał jedynie o historię i nie cienie minionych chciał prowokować. Kwestia fundamentalna brzmiała: czy narody mają prawo surowo karać swoje elity? Czy warstwy społeczne, skazane na nieobecność w głównym nurcie opowieści o polskich dziejach, mają prawo grozić śmiercią tym, którzy się sprzedają obcym? Czy wolno im oczekiwać od swoich rzeczywistych reprezentantów, by wieszali zdrajców? Twierdząca odpowiedź, jaką dawał Rymkiewicz, jednych zirytowała i rozwścieczyła, innych zdumiała i zachwyciła. Dla niektórych „Wieszanie” było książką zbójecką, porywającą umysł i wyobraźnię w rejony, które wcześniej wydawały się w ogóle nie istnieć.

W 2007 r. zgorszeni wciąż byli niemal wszechmocni, a zachwyceni – na ogół zbyt młodzi, by decydować o sprawach ważnych. Chwilę później przyszedł pierwszy rząd Donalda Tuska, Smoleńsk, triumfalizm jednych i poczucie klęski drugich. Rok 2015 nie przyniósł rzecz jasna wieszania. A jednak, w połowie drugiej dekady XXI w. wydarzyło się w Polsce coś, co jest nieco bliższe spełnieniu wizji Rymkiewicza, niż może się z pozoru wydawać. I co było wyczekiwane przez tych, którzy blisko dekadę wcześniej zachwycili się jego książką. Okazało się, że możliwe jest odsunięcie od władzy kompradorskich elit. Realizm podpowiada, że stąd jeszcze daleko do jakiegokolwiek wieszania. Ale i to wystarczyło, by wzbudzić wściekłość i strach. Przez ostatnie lata oglądamy nieustanny festiwal pogardy i niechęci wobec tych, którzy pokazali drzwi liberalnym włodarzom III RP.

Odwołując się do modnych dziś nurtów – Rymkiewicz odkrył ludową historię Polski, w jej najbardziej gwałtownym nurcie, zanim stało się to modne. Na dobrą dekadę przed tym, nim temat na warsztat wzięła wielkomiejska lewica, opowiedział historię społecznego buntu wobec elit. Rzecz jasna z punktu widzenia lewicowo-liberalnych środowisk opowiedział ją niewłaściwie, za główny wątek przyjmując sprawę narodową. Istnieje wiele przyczyn, dla których niechętnie podejmują one ten właśnie wątek. Mieszają się w nich zwykle doktrynalne założenia z uwikłaniami niemałej części opiniotwórczych środowisk lewicy w PRL.

Kto robił insurekcję?

Demokraci z Clermont, nasi rodacy na emigracji, w drugiej połowie lat 30. XIX w. przypominali: „Za rewolucji Kościuszki, lud to warszawski, krakowski, wileński, wojska opiekunów naszych pobił i wygnał, a naczelnych menerów targowicy przykładnie ukarał”. I zaznaczali: „Klasa wyrobników, służących, najuboższych rzemieślników itp. nader liczna, jeżeli do niej biednych nędzarzy, bo z głodu umierających Żydów dodamy, jest pod względem materialnym tak jak chłopi nieszczęśliwą”. Cytuję za książką Piotra Kuligowskiego, „Radykałowie polistopadowi i nowoczesna galaktyka pojęć (1832–1888)”, której recenzje znajdą Państwo w czerwcowym „Nowym Państwie”. Widać tu wyraźnie, że ważna była i wolność Rzeczypospolitej, i kwestia klasowa, szyderstwo z targowickich „opiekunów” i świadomość, że insurekcję robił lud polskich miast. Nie ma w tym nic niezwykłego. To nas myli współczesna perspektywa, gdyż najmocniejsze deformacje i niemal całkowite zerwanie więzi między sprawą niepodległościową a zagadnieniami społecznymi w dziejach polskiej lewicy przyniosły ze sobą PRL i III RP.

Joanna Lichocka na kartach „Rymkiewicz. Genealogia” pokazuje moment kształtowania się PRL-owskiej rzeczywistości, przyglądając się dziejom rodziny poety. Zawierucha II wojny światowej, niemiecki terror wobec polskiego narodu, wejście Sowietów na ziemie Rzeczypospolitej, budowa nadzorowanego z Moskwy reżimu, który dla polskości miał się okazać boleśnie kaleczącym kręgosłup gorsetem – tego wszystkiego rodzice Jarosława Marka Rymkiewicza doświadczyli już jako dorośli ludzie. Władysław Szulc-Rymkiewicz i Hanna z Baranowskich herbu Tuhan weszli w tę obcość, z którą trzeba było się oswajać; obcość nie tak znów obcą, bo rany zaborów wciąż jeszcze były świeże.

Nowa targowica i zwykli ludzie

A jednak rzecz była też nowa, arcydwudziestowieczna przez swoje marksistowskie konotacje. Przez to też o wiele bardziej niebezpieczna i pełna pokus dla umysłowości lewicowo-liberalnej inteligencji, do której zaliczali się również rodzice Jarosława Marka Rymkiewicza. Opisując tamten zamęt, gorycz przeobrażeń, których znakomita część dotyczyła nie tyle instytucji, co nowej umysłowości, Maria Dąbrowska pisała o zagubieniu niemałej części ówczesnej inteligencji: „Ci ludzie nie czują wcale policzka narodowi znów wymierzonego, jakim jest »proces szesnastu« związany w dodatku złośliwie z konferencją polską w Moskwie ani jakim jest stworzenie »rządu jedności narodowej« poza granicami Polski. Jakże to przypomina czasy wywiezienia Sołtyka, gwarancji Katarzyny, targowicy”. Ilekroć czytam opowieści Dąbrowskiej o tamtych czasach, myślę o pokoleniu swoich dziadków, które odnalazło się w tamtym świecie. I miało go nierzadko za o wiele normalniejszy niźli groza sześciu lat wojny. Podobnie w powojennej Polsce odnaleźli się rodzice autora „Zachodu słońca w Milanówku”. Jak wielu z tych, których fotografie z tamtych czasów oglądamy, zadając im pytania, na które uparcie zza grobów nie od-powiadają.

Niechęć do wieszania po 1989 r. przybrała nowe uzasadnienia. Myśl Marii Dąbrowskiej, że PRL zrodził się z nowej targowicy, schowano głęboko. Albo zracjonalizowano. Postkomuniści, arbitrzy elegancji staro-nowej rzeczywistości – tak naprawdę najważniejsi z nich to ludzie, których dziś znamy jako europejskich liberałów – przez dekady bagatelizowali problem historycznych uwikłań III RP w głębiej pojmowaną targowicką hańbę. A od niedawna pozwalają już sobie na wspominki. Polecam jako materiał poglądowy choćby wywiad z Aleksandrą Jasińską, córką Bolesława Bieruta, zamieszczony w książce „My, dzieci komunistów” (zbiór rozmów przeprowadzonych przez Krystynę Naszkowską).

Egoizm elit III RP to nie tylko dziedzictwo PRL, jego kłamstw założycielskich. Nie wiemy nawet, czy „Wieszanie” jest dobrą odpowiedzią na traumy i niemożności naszych dziejów. Ale bez Rymkiewicza polskość dziś pojmowana byłaby uboższa o mądrze opowiedziany gniew, do którego w naszych dziejach tak często odmawiano prawa „gorszym” Polkom i Polakom.

 

Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Krzysztof Wołodźko
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo