Kalkulator Budki

Po sejmowym głosowaniu i przyjęciu przez Sejm ratyfikacji ustawy o Europejskim Funduszu Odbudowy, Borys Budka udzielił wielu wywiadów, w których pije piwo, jakie nawarzył sobie, realizując pomysł Donalda Tuska o zablokowaniu ratyfikacji przez Polskę unijnego budżetu, opiewającego w sumie na ponad 770 mld zł.

Poparcie ustawy przez Lewicę, a w konsekwencji również przez inne ugrupowania tej międzynarodowej umowy, zdaniem Budki jest „naiwnością”, za którą przyjdzie opozycji zapłacić. W tej chwili za nieudolność płaci sam Budka. W partii powstał list, który zdaniem autorów nawołuje do „wewnętrznej przemiany”, ale w treści jest po prostu wypowiedzeniem posłuszeństwa szefowi partii. Borys Budka oskarża o własne porażki konkurentów z opozycyjnych ław w parlamencie. Jest przekonany, że za fiasko jego koncepcji „Koalicja 276” odpowiadają Włodzimierz Czarzasty i liderzy trzech, a w zasadzie czterech pozostałych na opozycji ugrupowań. Fakt, że Borys Budka został koncertowo rozegrany, najpierw przez Włodzimierza Czarzastego, a później po prostu zdradzony przez Władysława Kosiniaka-Kamysza, zaburzył liderowi PO jasność myślenia. Na minę wsadził go bowiem nie Czarzasty, który po prostu wykorzystał błąd Platformy, lecz Donald Tusk. Szef partii EPP kilka tygodni temu wypalił na antenie TVN, że jego zdaniem ratyfikację można głosować wiele razy i nic się nie stanie, jeśli Sejm ją odrzuci. Tusk nie widzi więc powodu, dla którego opozycja miałaby pomagać w przyjęciu ustaw rządowi.

Trudno o bardziej precyzyjną definicję totalnej opozycyjności. Tusk oczywiście wie, że jeśli ratyfikacja Europejskiego Funduszu Odbudowy zostanie odrzucona w jednym państwie, projekt upada w całej Unii Europejskiej, ale z jakichś powodów nic sobie z tego nie robi. Topi tego rodzaju sugestią partię, którą kierował niegdyś w Polsce. Jego następca Borys Budka realizując ten pomysł, nawet nie zdaje sobie sprawy, do czego prowokuje go Tusk i jego szefowie. Choć jak przypomniała mu poseł Scheuring-Wielgus, jeszcze w grudniu ubiegłego roku w wywiadach stwierdzał, że ratyfikacja tej ustawy nie może być narzędziem do próby obalenia rządu. Okazało się jednak, że może. To znaczy była takim narzędziem. Tylko po tym, jak mleko się rozlało, Budka nie chce tego przyznać. Pytany o to, jakie stanowiska w ewentualnym technicznym rządzie proponował Konfederacji (i Lewicy), Budka odpowiada, że rozmawiał z Konfederacją jedynie o „skróceniu kadencji Sejmu” i nie było mowy o rządzie. Tyle tylko, że nie ma to żadnego pokrycia w rzeczywistości politycznej. Kadencję Sejmu można skrócić, dysponując 307 głosami. Tylu Budka nie ma. Nawet gdyby udało się przekonać do tego wszystkich posłów Solidarnej Polski i wszystkich posłów wewnętrznie skonfliktowanego Porozumienia Jarosława Gowina, to i tak głosów by zabrakło. Konkretnie – 47. Żeby je pozyskać, Budka musiałby włączyć do spisku Jarosława Kaczyńskiego. A na to się nie zanosi. Oznacza to, że jedynym scenariuszem, który Budka mógł teoretycznie rozważać, była próba stworzenia nowego rządu technicznego, w ramach konstruktywnego wotum nieufności. Do tego wystarczy zwykła większość, ale konieczne jest wskazanie nowego premiera. Za takim rządem musieliby zagłosować nie tylko posłowie Platformy, Lewicy, PSL, Hołowni i Konfederacji, lecz także przynajmniej część posłów należących do klubu parlamentarnego PiS. Borys Budka, mówiąc więc, że rozmawiał z Konfederacją wyłącznie o skróceniu kadencji Sejmu, najwyraźniej nie do końca wie, o czym mówi, albo bardzo dobrze wie, tylko wszystkich dookoła ma za idiotów. Wygląda jednak na to, że grono, które odwzajemnia to uczucie względem niego samego, szybko rośnie wewnątrz partii, którą kieruje.
 

 

Źródło:

Michał Rachoń
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo