Parówkowi jawnożercy

W polskiej tradycji dość często jedzenie stawało się symbolem. Chyba najbardziej popularnym jest czarna polewka – kawalerowi, któremu była podawana, chciano dać sygnał, że nie jest mile widziany jako przyszły zięć.

Co oczywiste, potrawy i jedzenie trafiały również do polityki. Historia rozpisuje się o ucztach na królewskich dworach, podczas których zawiązywano spiski i sojusze. Każdy Polak zna zwyczaj obiadów czwartkowych organizowanych przez Stanisława Augusta Poniatowskiego, które zrzeszały intelektualistów polskich. Z czasem jednak nasze polityczne posiłki schodziły niżej. W XIX wieku więc raczej mówiliśmy o kiełbasach wyborczych, które rozdawano w czasie spotkań kandydatów z elektorem. Ten ostatni zwyczaj został przeniesiony do III RP i rozwijał się w najlepsze. Wydawało się, że niżej się nie da. A jednak. W minionym tygodniu politycznym tematem numer jeden stał się wegański hot-dog na stacji Orlen, którym postanowił się uraczyć Adrian Zandberg. Zjedzeniem tej parówki poczuli się zdradzeni politycy Koalicji Obywatelskiej, którzy zaczęli wzywać do bojkotu Orlenu i oczywiście Lewicy. „Tym hot-dogiem Zandberg plunął w twarz demokracji i wolności słowa” – oburzali się Borys Budka i Adam Szłapka. „Gazeta Wyborcza” analizowała skład dania Zandberga. Publicyści mediów lewicowych oburzali się na lidera Lewicy. Naprawdę mogłoby to stanowić podłoże scenariusza do drugiej części „Misia”, gdzie tym razem sekcja młodzieżowa potępiałaby parówkowych jawnożerców. Zobrazowało to jednak, na jakim poziomie jest współczesna klasa polityczna. Tak jest zajęta sosami w hot-dogu Zandberga, że już w zasadzie nie dostrzega swojej słabości. W takich warunkach prawica może przegrać jedynie sama z sobą.
 

 

Źródło:

Jacek Liziniewicz
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo