To niebywałe – ja pana skądś znam!

Językiem anegdoty – tej sprzed pół wieku, ale też 100, 200 i 300 lat wstecz – można opisać również współczesną politykę. Krajową – i nie tylko krajową. Ilekroć jakiś celebryta w Polsce wypowiada się na tematy polityczne, prawie zawsze w sposób świadczący o bezbrzeżnej ignorancji, przypomina się historia o spotkaniu Alberta Einsteina (1879–1955) i amerykańskiej gwiazdy filmowej Mae Murray (1885–1965). Jak wiadomo, autor teorii względności wyemigrował z Niemiec po dojściu Hitlera do władzy. Już podczas pobytu w Nowym Jorku na jednym z przyjęć zauroczył się urodziwą Amerykanką. Kompletnie jednak nie wiedział, kim ona jest. Ku osłupieniu gości dyskretnie zapytał: „Kto zacz?”. Niestety, powtórzono to Mrs Murray. Aktorka obraziła się: „To niebywałe! Ci ministrowie od Hitlera są niemożliwi. Nie mają o niczym pojęcia, poza polityką”.

Tenże Einstein był w Nowym Jorku już wcześniej, gdy pracował jeszcze naukowo w Niemczech. Uczestniczył w pewnej konferencji, na którą przybył, podróżując z Berlina z szefem Światowej Organizacji Syjonistycznej Chaimem Weizmanem (­1874–1952). W kuluarach konferencji dziennikarze zapytali Weizmana: „Jak panowie spędzili tak długą podróż?”. Lider syjonistów odpowiedział: „Profesor Einstein był na tyle łaskaw, że przez cały czas mówił o swojej teorii względności”. Dziennikarz był uparty: „A co pan o niej myśli?”. Na co Weizman: „Ja myślę, że on ją rozumie”.

Pomyłki jako lekcje pokory

Nieraz przeżywałem – jako polityk – swoiste lekcje pokory. A to mnie pomylono z Adamem Słomką, a to z wiceprezydentem Warszawy Włodzimierzem Paszyńskim. Znacznie gorzej wylądował ówczesny marszałek Sejmu RP Wiesław Chrzanowski ­(1923–2012). Lider ZChN uwielbiał chodzić po górach. Podczas jednej z wycieczek górskich, w której towarzyszyli mu lekko zziajani BOR-owcy, spotkał grupę uczniów z nauczycielem. Na widok Chrzanowskiego belfer się rozpromienił: „O dzień dobry, ja pana znam. Wiem, kim pan jest! Przecież pan ma w Łodzi kiosk na mojej ulicy”.

Gdy przypominam sobie tę historię, myślę od razu o innej, która spotkała wybitnego niemieckiego pisarza Thomasa Manna (1875–1955). Tak, to ten, który pisał: „Nie ma niepolityki. Wszystko jest polityką”. Otóż Mann wizytował kiedyś pewną szkołę. Tamtejszy nauczyciel języka niemieckiego był dumny niczym paw ze swojej najzdolniejszej uczennicy. Przedstawił ją, prosząc, żeby pisarz spełnił jej marzenie, zadając jej jakieś pytanie. Mann uprzejmie zapytał: „Jakich znasz sławnych pisarzy?”. Speszona uczennica wydukała: „Homer, Szekspir, Balzak i pan – ale zapomniałam pana nazwiska”.

Ludzie łysi nie mają kłopotu z fryzurą. Niestety, u mnie fryzura jest nieujarzmiona, co zresztą nieraz było widać na zdjęciach czy choćby w karykaturach, gdzie rysownicy uznawali moje włosy za szczególnie charakterystyczny element mojego wyglądu, godny podkreślenia czy wyeksponowania. Przypomina mi to skądinąd anegdotę sprzed przeszło dwóch i pół wieku. Cesarz Józef II Habsburg (1741–1790) odwiedził w Paryżu swoją siostrę, królową Francji Marię Antoninę (1755–1793). Był rok 1765. Patrząc na jej włosy, wzruszył się: „Antonino, twój widok sprawia mi niewymowną przyjemność. Twoja fryzura przypomina mi wieżę katedry św. Szczepana w Wiedniu”.

Ironia, nie chamstwo

Mam wrażenie, że kiedyś relacje między artystami a politykami były inne niż dzisiaj: bardziej subtelne, bo nawet jeśli nawzajem się krytykowano, było to w formie dowcipnej ironii, a nie chamskiego ataku. Dziś słyszę aktorkę Krystynę Jandę, która pozwala sobie mówić: „Ja się czuję, jakby ktoś na mnie srał (…)”. Onegdaj bywało to doprawdy inaczej. Poeta i dramaturg niemiecki Fryderyk Schiller (1759–1805) grał pewnego razu na dworze księcia Wirtembergii na harfie. Pewien arogancki arystokrata podszedł do niego i uśmiechając się cynicznie, powiedział: „Grał pan jak król Dawid, tylko nie tak dobrze”. W ramach riposty usłyszał od poety, co następuje: „Feruje pan wyroki jak król Salomon. Tylko nie tak mądrze”. Cóż, to były czasy, kiedy politycy i artyści przynajmniej znali Biblię. A dzisiaj…

A teraz czas na inną opowieść, która prawdę mówiąc, pasuje do wielu aktorów sceny politycznej nad Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem. Otóż znany niemiecki biolog Aleksander von Humboldt ­(1769–1859) uczestniczył na pewnym przyjęciu w dyskusji, która dotyczyła spirytyzmu. Rozmawiano o podnoszących się i przesuwających… stolikach. Racjonalny naukowiec oczywiście nie dawał temu wiary. Jednak zwolennicy spirytyzmu nie dawali za wygraną. Jeden z nich z wyjątkowo misjonarskim zacięciem zawołał do Humboldta: „Przysięgam panu, że naprawdę stolik się ode mnie odsunął!”. Przyrodnik skomentował to szyderczo: „Czy nie słyszał pan nigdy przysłowia, iż mądrzejszy zawsze ustępuje?”.
Doprawdy proszę nie kojarzyć tej historii z panią poseł Pauliną Henning-Kloską.

Kalendarz Olszewskiego i święty spokój Beethovena

Często narzekamy na młodzież, że bezczelna, że nie szanuje autorytetów, że ma wszystko za nic itd., itp. Gdy słyszę takie utyskiwania, przypomina mi się opowieść o pewnym niemieckim malarzu Adolphie von Menzelu (1815–1905). Był on zaprzysięgłym starym kawalerem. I oczywiście indagowano go, dlaczego się jeszcze nie żeni. Gdy po raz kolejny pytanie to zadał mu tym razem bardzo młody człowiek, artysta spojrzał na niego przez swoje grube okulary i odpowiedział z niewyobrażalną niechęcią w głosie: „Mało jest kobiet, dla których mógłbym być mężem. A jeszcze mniej młodych ludzi, których chciałbym być ojcem”.
Tenże Adolph von Menzel usłyszał niegdyś od swojego kolegi po fachu, też artysty malarza, jednak dużo mniej znanego i chyba, na co zdaje się wskazywać ta anegdota, znacznie mniej cenionego: „Mistrzu, potrafię namalować obraz w jeden dzień, ale sprzedaję go często przez cały rok”. Na co ten wybitniejszy artysta pokiwał tylko głową i odrzekł lapidarnie: „Ależ młody człowieku, jak będziesz malował obraz przez rok, to na pewno sprzedasz go w jeden dzień!”.

W krainie anegdot – podroż z Niemiec do Polski i z wieku XIX do drugiej połowy wieku XX. Gdy jeszcze przed wybuchem strajków latem 1980 r. i powstaniem Solidarności Antoni Macierewicz siedział w więzieniu, jego adwokatem był Jan Olszewski (1930–2019). Za pośrednictwem władz aresztu uzgodniono termin widzenia mecenasa – obrońcy więźniów politycznych (i późniejszego premiera). Miało to być w środę o godz. 11. Przyszła środa, umówione spotkanie obrońcy z aresztantem – ale Jan Olszewski się nie pojawił. Przybył jednak do więzienia, tyle że… tydzień później, też w środę, równo o 11. Na pytanie swojego klienta, co się stało, zdziwił się: „Jak to co, Antoni? Przecież byliśmy umówieni w środę na 11”.

Anegdota ta przypomina mi wizytę Ludwika van Beethovena (1770–1827) w pewnej restauracji w Wiedniu. Muzyk przyszedł, aby coś zjeść, ale jak to człowiek słynący z niesłychanego roztargnienia, oczywiście już po chwili zapomniał, po co tu jest i gdzie się znajduje. Kelner podchodził do niego kilka razy, ale kompozytor ignorował go. Wreszcie po bitych kilku godzinach zażądał… rachunku. Kelner osłupiał: „Ale szanowny pan jeszcze niczego nie zamówił!”. Na co Beethoven spojrzał na niego z niechęcią i ze sporym zniecierpliwieniem w głosie powiedział: „Przynieś pan, co pan chcesz, i daj mi święty spokój”.

 

Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Ryszard Czarnecki
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo