Innej Platformy nie będzie

„Platforma potrzebuje silnego przywództwa, skutecznej pracy organizacyjnej i dobrego programu dla Polski. Musimy odnowić partię, aby była atrakcyjna dla 40 proc. (jak kiedyś), a nie 20 proc. (jak dziś) wyborców. Dlatego chcę zmiany razem z naszymi posłami i senatorami” – pisze na Twitterze Paweł Zalewski, komentując list otwarty, podpisany przez wielu znanych polityków ugrupowania domagających się zmiany jego polityki. Ostatnie sondaże każą pytać, czy te wspominane przez Zalewskiego 20 proc. nie jest już lekko przeszacowane, czy jednak wypada kopać leżącego?

Nie tak dawno Borys Budka twierdził, że o żadnej partyjnej korespondencji niczego nie wie. Teraz twierdzi, że list, w którym de facto chodzi o jego ustąpienie, był z nim konsultowany przez wielu kolegów. Aż dziwne więc, że nie ma pod nim jego podpisu. Poza Budką i Cezarym Tomczykiem są zresztą chyba wszyscy liczący się w Platformie politycy.

Przypomina to trochę sytuację z czasów jej rządów, gdy pod rozmaitymi apelami, zwłaszcza ludzi kultury, o zmianę polityki bez zmrużenia oka i ze stosowną pompą podpisywali się politycy będący adresatami. I choć często dysponowali oni odpowiednią mocą sprawczą, to właśnie na podpisach sprawa się kończyła, a luminarze kultury i tak byli dzięki temu bardzo długo zadowoleni. Niektórzy trwają nawet w tym zadowoleniu do dziś.

„Zdrada” Lewicy, czyli platformiany syndrom oblężonej twierdzy

Sygnatariusze listu zadowoleni nie są, jednak również wydają się być zbyt optymistyczni w ocenie swojej sytuacji. „Bez daleko idących zmian nie mamy szans utrzymania pozycji lidera opozycji, a w przyszłości wygrania wyborów” – piszą więc, choć w tej chwili czeka ich walka już nie o utrzymanie drugiego miejsca w sondażach partyjnych preferencji, ale o obronę pozycji trzeciej, na którą coraz śmielej spoglądają działacze Lewicy. Włodzimierz Czarzasty mówi wprost, że czasy, gdy Platforma rozdawała na opozycji karty, definitywnie się skończyły. To samo zresztą dają do zrozumienia i ci liderzy stronnictw opozycyjnych, z którymi Platforma dalej chce tworzyć koalicję, a może nawet wspólne listy w kolejnych wyborach. „(…) Zawsze będę mówił, że dla nas naturalnym partnerem do budowy koalicji jest Polskie Stronnictwo Ludowe i Szymon Hołownia. I taką koalicję będę chciał zbudować” – zapowiedział pod koniec zeszłego tygodnia Borys Budka, zapominając w iście orwellowskim stylu, że chwilę wcześniej lista ta była dłuższa o jedno ugrupowanie.

Dziś jednak sympatycy Platformy zorientowali się, że młodzi lewicowcy mówią na nich „libki”, co więcej, tak samo mówi o nich część młodych i bardziej socjalnie nastawionych wyborców PiS, są więc śmiertelnie obrażeni i nie uwzględniają już Czarzastego w swoich rachubach. „Ooo, określenie »libki« przepłynęło gładko do pisowskich trolli. Tworzy się lingwistyczny sojusz PiS z lewicą” – alarmuje na Twitterze Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”. Każde pojawienie się polityków Lewicy w mediach publicznych kwitują komentarzami o zdradzie, przy czym idą dalej od swojego lidera, bo również przedstawicieli Szymona Hołowni umieszczają w awangardzie nowego, wymierzonego w PO polityczno-medialnego spisku.

Lewica naraziła się jednak najbardziej, znajdując w podpuszczaniu sympatyków Platformy nawet coś w rodzaju specyficznego upodobania. Gdy Adrian Zandberg z przyjaciółmi umieścili w sieci zdjęcie, na którym jedzą wegańskie hot dogi z Orlenu, wywołali potężną burzę kulinarno-polityczną. I choć wpis ten równie dobrze uznać można za żart z części sympatyków PiS, uważających publiczne wspieranie kierowanej przez Daniela Obajtka firmy za swój obowiązek, to fani Platformy dali się wyprowadzić z równowagi.

Marzenia o obaleniu rządu i inne mrzonki

O relacjach Platformy z lewicą (pisaną małą i wielką literą) napisano już w ostatnich dniach bardzo wiele, najważniejsze jest więc skonstatowanie, że konflikt trwa nadal, a emocje nie słabną, choć wciąż trwa przecież choćby współpraca w rzeszowskich wyborach, a i o tym, by Lewica miała wyłamać się z senackiej koalicji, niczego na razie nie wiemy. Część polityków PiS spodziewa się wsparcia w niektórych planach dotyczących kwestii społecznych, niewymagających zawierania żadnych dalekosiężnych umów, i wydaje się, że jest szansa na podobną współpracę. Widzi ją na przykład Aleksander Kwaśniewski, który najwyraźniej skłania się ku hasłu poparcia dla spraw, nie ludzi, i widzi, że przynajmniej w zakresie polityki społecznej widać pewne punkty wspólne. Na więcej nie ma szans i chyba też nikt się nie spodziewa, by PiS i siły lewicy połączyły kwestie obyczajowe czy polityka historyczna.

Równolegle coraz wyraźniej przebija się do nas informacja, że kilka dni temu Platforma poważnie przyjmowała scenariusz powstania rządu technicznego, którym pokierować miał Władysław Kosiniak-Kamysz, a część polityków opozycji wciąż zakłada, że tylko zachowanie Czarzastego i jego partnerów uniemożliwiło taki obrót spraw. Tymczasem odwołanie rządu było de facto niemożliwe. Chcieć nie zawsze oznacza móc.

By obalić rząd i powołać premiera przez konstruktywne wotum nieufności, Budka (zakładając lojalność Polski 2050 i PSL) potrzebowałby jednak nie tylko Lewicy, lecz także Porozumienia, a nawet Konfederacji. I tu temat można zamknąć.

Jednak nawet wspomniana już koalicja ograniczona do ludowców i ludzi Hołowni na starcie rozłazi się szefowi PO w rękach. PSL skupia się na Koalicji Polskiej, Hołownia nie ma natomiast żadnego interesu, by wchodząc w ten układ, uznać dominującą pozycję partii, która traci siły. I ludzi, na czym to właśnie on zyskuje przecież najbardziej. W nadchodzącym numerze tygodnika „Gazeta Polska” znajdą Państwo ciekawy tekst Huberta Kowalskiego o powolnym budowaniu wpływów ugrupowania Szymona Hołowni w samorządach, oczywiście kosztem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Z kolei portal WPolityce pisze, że w stronę nowego ugrupowania coraz mocniej zerka grupa skupiona wokół prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka. Platforma, choć bez udziału Polski 2050, poważne kłopoty ma również we Wrocławiu, gdzie od tygodni trzeszczy lokalna koalicja samorządowa.

Co da zmiana lidera bez zmiany mentalnej…

„Fala protestów wyniosła w górę Kamilę Gasiuk-Pihowicz i Borysa Budkę. To na nich wskazuje się dziś w rozważaniach o zmianie generacyjnej w polityce” – pisał tygodnik „Polityka” w sierpniu 2017 r. Oboje opublikowali na swoich profilach na Facebooku wspólne zdjęcie. Pod nim tysiące lajków i komentarzy w stylu: »wielka nadzieja opozycji«, »jesteście naszym zbawieniem«, »czas na zmianę sztafety«, a nawet zachęty do stworzenia nowej partii, »za którą pójdą tłumy«. Tekst już wtedy wydawał się raczej projekcją fantazji tygodnika, choć na pewno nie brakowało wśród sympatyków opozycji fanów Budki i Gasiuk-Pihowicz.

Od tamtej pory nie minęły nawet cztery lata, a więc tyle, ile trwa konstytucyjna kadencja parlamentu. Pod listem atakującym przywództwo Budki obok wielu innych członków Platformy podpisał się również Grzegorz Schetyna, za którego czasami w partii tęskni się coraz mocniej i coraz bardziej zasadnie. Jednak bardzo szerokie grono sygnatariuszy, a przede wszystkim nazwiska wielu z nich są paradoksalnie gwarancją, że zmiana lidera, która zdaje się już nieuchronna, będzie zarazem zmianą jedyną.

Apel o nową partyjną wizję podpisali zwolennicy radykalnego anty-PiS, ludzie, którzy zgodnie ze słowami Cezarego Tomczyka myślą tylko o jednym – o odsunięciu obecnego rządu od władzy. A to, jak wiemy, od dawna już nie wystarcza.

 

Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo