Pani z Zamku

Wraz z Old Shatterhandem rozumiałem szlachetność wodza Apaczów, z Kmicicem wsuwałem kiszkę w szwedzką armatę, ze szwoleżerami galopowałem pod cesarskim orłem…

W trakcie nagrań programu telewizyjnego o Konstytucji 3 maja na Zamku Królewskim w Warszawie miałem przyjemność spotkać pewną panią, która tamże pracuje. Akurat była przerwa – ekipa poleciała coś dokręcać na wystawie, więc byliśmy sami i mogliśmy sobie porozmawiać. Mówiliśmy o Zamku, jego mieszkańcach, w tym o namiestniku rosyjskim Michaile Gorczakowie (szukałem okna, z którego dyrygował strzelaniną do Polaków na placu Zamkowym). Potem rozmowa zeszła na księcia Józefa – depozytariusza polskiego honoru. Nie mogłem nie wspomnieć, że wychowałem się w domu „napoleońskim”, w wielkim szacunku do księcia Pepi. Gdy się przedstawiłem, pani powiedziała, że mam wielkie szczęście, bo „szczęściem jest wychować się w takim domu”. To prawda. Wróciłem do dalszej pracy poruszony tą rozmową. A potem pomyślałem sobie, iż coraz mniej już domów, w których prawdziwe tradycje patriotyczne są żywione, pielęgnowane, przekazywane dalej. Ba, coraz mniej domów, w których w ogóle jeszcze są… książki. Czas biegnie nieubłaganie. Mam już pół wieku życia za sobą, a jednocześnie wrażenie, że dopiero co sięgałem do przygodowych pozycji z dzieciństwa i wieku młodzieńczego: „Trzej muszkieterowie”, „Winnetou”, powieści napoleońskie Gąsiorowskiego, Sienkiewicz albo… „Dobosz woltyżerów”, z przepiękną przedwojenną okładką, którego mam właśnie obok siebie na biurku. To wszystko, poza wiedzą samą w sobie, kształtowało też duszę. Bo przecież dzięki książkom – wraz z Old Shatterhandem rozumiałem szlachetność wodza Apaczów, z Kmicicem wsuwałem kiszkę w szwedzką armatę, ze szwoleżerami galopowałem pod cesarskim orłem, z doboszem szedłem w ślad za starą gwardią w bermycach z niedźwiedziego futra… Jeśli pokochałem Napoleona, księcia Pepi, to tylko dlatego, że w moim dziecięcym świecie wyobraźni żyłem dwa wieki temu, nosiłem mundur i widziałem, jak przed nami uciekają kozackie patrole…Słyszałem też na własne uszy, wierzcie mi, jak na pogrzebie Wołodyjowskiego pod sklepieniem słychać okrzyk: „A ty za szablę nie chwytasz!”. To wszystko przeżyłem, bo mam szczęście. Ma pani rację, droga pani z Zamku. 

 


Źródło:

Tomasz Łysiak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo