Wybory, których nie będzie

Prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas przełożył szykowane na maj wybory do palestyńskiego parlamentu. Oficjalnym powodem ich odroczenia jest kwestia lokali wyborczych w Jerozolimie. Izrael nie zezwala na powstawanie palestyńskich komisji wyborczych na obszarze miasta, bo według władz byłoby to podważeniem obecnego statusu Jerozolimy. Jednak zdaniem komentatorów spory wokół lokali wyborczych w Świętym Mieście są tylko pretekstem do przełożenia pierwszych od 2005 r. palestyńskich wyborów. 

Ostatnie wybory palestyńskie, w 2006 r., zakończyły się skandalem, ponieważ wygrał je palestyński Hamas, który nie uznaje Państwa Izrael i podważa proces pokojowy bazujący na założeniu, że na terenach Brytyjskiego Mandatu Palestyny z 1948 r. mają istnieć dwa państwa – żydowskie oraz arabskie. Dla Hamasu, który wyznaje radykalną wersję islamu, cała Mandatowa Palestyna jest obszarem, na którym powinna powstać islamska Palestyna. 

Państwo Hamasu i państwo OWP

Niemniej wybory w 2006 r. pokazały znacznie więcej niż zaawansowany proces islamizacji ongiś najbardziej świeckiego w świecie arabskim palestyńskiego społeczeństwa. Zdaniem izraelskich komentatorów głosy na Hamas nie były tylko uwidocznieniem pewnego procesu społecznego, ale przede wszystkim było to wotum nieufności palestyńskiej ulicy wobec Organizacji Wyzwolenia Palestyny, która jest oskarżana zarówno przez zwykłych Palestyńczyków, jak i przez organizacje międzynarodowe o korupcję, łamanie praw człowieka, a także o defraudację miliardów dolarów pomocy międzynarodowej, która nie trafiła nigdy do potrzebujących Palestyńczyków. 

Próba powołania wspólnych rządów Hamasu z OWP się nie udała i wręcz doprowadziła do wojny domowej w 2007 r., w wyniku której Gaza została całkowicie przejęta przez Hamas, a OWP utrzymała się tylko dzięki izraelskiemu wsparciu na Zachodnim Brzegu. Tym samym z punktu widzenia izraelskiej Realpolitik od 2007 r. są dwa quasi-palestyńskie państwa i z żadnym z nich nie ma sensu rozmawiać, ponieważ dialog z Hamasem jest bezprzedmiotowy, a OWP jest zbyt słaba i nie ma mandatu społecznego na przeprowadzenie negocjacji pokojowych, które i tak będą oznaczały bolesne kompromisy terytorialne.

Efekty bliskowschodniej polityki Trumpa

Donald Trump doskonale rozumiał palestyński klincz. Waszyngton nie rozmawia z Hamasem, a jedyny partner po stronie palestyńskiej do rozmów z Izraelem jest słaby, skompromitowany i bez poparcia społecznego. Dlatego też Trump odwrócił amerykańską strategię względem Bliskiego Wschodu i promował bezpośrednie rozmowy Izraela z państwami arabskimi, których problem palestyński dotyczy jedynie w sferze symbolicznej, a w realnej zarówno Arabów, jak i Żydów łączy irańskie zagrożenie. Tym sposobem Izrael wyszedł z regionalnej izolacji, a do Egiptu i Jordanii dołączyły Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn czy Maroko, jako kolejne arabskie kraje normalizujące swoje stosunki z Tel Awiwem. 

Ta filozofia Donalda Trumpa była krytykowana przez demokratów, którzy upierali się, że nie można stworzyć bliskowschodniego porządku i pokoju bez rozwiązania kwestii palestyńskiej. Ten postulat jest o tyle wątpliwy, że demokraci ignorowali fakt, jakim jest niewydolność i słabość polityczna Autonomii Palestyńskiej pod obecnym kierownictwem. 

Po wyborach w USA palestyński prezydent Mahmud Abbas zareagował błyskawiczne. Abu Mazen, jak nazywany jest w świecie arabskim palestyński prezydent, ogłosił wybory parlamentarne i prezydenckie, które miałyby się odbyć wiosną. Ten krok zdaniem bliskowschodnich komentatorów miał się wpisać w politykę wypalania dziedzictwa Donalda Trumpa, którą podjęła administracja Joego Bidena. 

Ponadto świat arabski ograniczył o 80 proc. swoje dotacje dla Autonomii, niejako naciskając na Ramallah (stolicę Autonomii), aby podjął niezbędne kroki do przeprowadzenia wyborów oraz dialog z Hamasem. Świat arabski wyraża swoją niecierpliwość wobec sprawy palestyńskiej, bo stanowi ona obecnie instrument politycznych wpływów Iranu, który wykorzystuje je do destabilizacji Bliskiego Wschodu. 

Po kilku miesiącach polityki demokratów na Bliskim Wschodzie widzimy, że mimo wszystko Palestyńczycy skorzystali na procesie pokojowym zapoczątkowanym przez Trumpa. Izrael musi bardzo ostrożnie postępować z Palestyńczykami oraz z Arabami mającymi izraelskie obywatelstwo, bo wszelka konfrontacja z tymi społecznościami szkodzi arabsko-izraelskiemu dialogowi. Dla Tel Awiwu świat arabski staje się kluczowy dla interesów gospodarczych i politycznych. Z kolei bogate kraje Zatoki Perskiej zainteresowane są izraelskimi technologiami, a Izrael chciałby, aby ich petrodolarowy kapitał trafiał do niego. A ten biznes w dużej mierze bazuje na wspólnocie celów politycznych, jakie wyznacza antyirański front. 

Przebieg ostatnich zamieszek w Jerozolimie oraz na Zachodnim Brzegu pokazuje, że Izrael stara się unikać zaogniania sytuacji, z czego korzyści miałby wyłącznie Iran. Palestyński prezydent Mahmud Abbas zdaniem mediów z Zatoki Perskiej to relikt zimnowojennej przeszłości, kiedy to OWP realizowała sowieckie interesy, rujnując w latach 70. Jordanię i Liban, co nijak nie przybliżało Palestyńczyków do wolności. Zatem jego dalsze rządy niczego dobrego nie przyniosą. 

Zniecierpliwienie wykazuje też Arabia Saudyjska, której następca tronu Muhammad ibn Salman w ostatnim wywiadzie dla stacji Al-Arabija nie wspomniał nic o Palestynie, dając tym samym do zrozumienia, że świat arabski może żyć bez uregulowanej sprawy palestyńskiej państwowości. To kolejny cios, który jednak nie wzrusza następcy legendarnego Jasira Arafata. Tak samo zarzuty korupcyjne nie są w stanie oczyścić palestyńskiego podwórka, albowiem kierownictwo OWP wie, że mimo wszystko Zachód to w nich upatruje partnera do rozmów, co mogłyby zmienić wybory, gdyby do nich doszło. 

Alternatywa dla Abbasa

Od kilku miesięcy mówi się głośno o tym, że kilku palestyńskich działaczy młodszego pokolenia zamierza rywalizować z ekipą Mahmuda Abbasa. Media wskazują przede wszystkim na duet Mohammad Dahlan i Marwan al-Barghusi, który może wywrócić do góry nogami skostniały układ polityczny w Palestynie. 

Dahlan był szefem palestyńskiego kontrwywiadu w Strefie Gazy i chociaż z definicji obce są mu takie pojęcia, jak „demokracja” czy „wolne media”, to jednak ma autorytet i siłę, która jest niezbędna w arabskiej polityce. Co więcej, Dahlan jest śmiertelnym wrogiem Hamasu, ale też ustawia się w opozycji do Mahmuda Abbasa, co niejako rozwiązuje wieloletni dylemat Zachodu i świata arabskiego, które mimo wszystko wspierały Abbasa, bo nie było dla niego alternatywy. 

Jeszcze innym rozwiązaniem dla palestyńskiej sceny politycznej jest Marwan al-Barghusi – niezwykle popularny działacz z Ramallah, bohater pierwszego palestyńskiego powstania z lat 1987–1993, odsiadujący wyrok dożywotniego więzienia w izraelskim więzieniu. Barghusi, co było wielkim szokiem dla światowych mediów, był osobiście zaangażowany w samobójcze zamachy przeprowadzone w Izraelu po 2000 r. Niemniej komentatorzy przypominają przypadek Nelsona Mandeli, który też z więzienia trafił na salony, ponieważ taka była konieczność i w nim upatrywano jedynej szansy na konstruktywne rozwiązanie politycznych problemów. 

I to właśnie widmo utraty władzy przez obecną ekipę OWP, zdaniem obserwatorów, jest istotą odroczonych wyborów, jak i obecnych napięć izraelsko-palestyńskich. Brak wyborów i wzrost napięcia betonuje układ trwający od 2005 r. 
 

 

Źródło:

Paweł Rakowski
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo