Błażej Wojnicz dla Niezalezna.pl: Miraż bezpieczeństwa armii europejskiej

Za sprawą Radosława Sikorskiego, eurodeputowanego Platformy Obywatelskiej, powrócił ostatnio temat armii europejskiej. Tym razem w formule „europejskiego legionu wojskowego”, bo takim mianem swoją wizję określił były minister spraw zagranicznych w rządzie PO. To nie pierwszy raz, kiedy polityk ten forsuję tą inicjatywę, ale chyba pierwszy raz staje się ona elementem programu politycznego tej opozycyjnej partii. 

zdjęcie ilustracyjne
fot. flickr.com/European Parliament/CC BY 4.0; https://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Idea wiecznie żywa 

Gwoli krótkiego przypomnienia – zgodnie z traktatami europejskimi, kwestia obronności i bezpieczeństwa militarnego państwa stanowi od samego początku wyłączną domenę państw członkowskich. Pomimo tego przez cały okres trwania wspólnoty podejmowano różnorodne próby polityczne zmierzające do zacieśnienia współpracy w tym zakresie i stworzenia w ramach UE jej zaplecza militarnego. Począwszy od koncepcji Europejskiej Wspólnoty Obronnej z lat 50-tych. Poprzez powołanie do życia przez Traktat z Maastricht w 1993 r. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Unii Europejskiej oraz powołanie Grup Bojowych funkcjonujących w ramach UE od 2004 r. Skończywszy na ustanowieniu w 2017 r. stałej, strukturalnej współpracy w zakresie obrony (PESCO). Wszystkie one jednak nie przyczyniły się do wzmocnienia militarnego Wspólnoty, a gwarantem bezpieczeństwa Europy pozostaje wciąż NATO ze Stanami Zjednoczonymi na czele. 

NATO gwarantem bezpieczeństwa 

Przyczyn fiaska tych działań jest wiele. Jednak kluczową, obok kwestii ideowych i niechęci wydawania pieniędzy na tak niemiarodajne wyborczo sprawy jak bezpieczeństwo militarne, była akceptacja międzynarodowego status quo w tej dziedzinie. To znaczy - bezpieczeństwem zajmuje się NATO. Unia Europejska jest władna w innych obszarach. 

Armia polityczna 

Pomimo tych niepowodzeń sama idea armii europejskiej nigdy nie upadła. Jednak wraz z postępującą zmianą sytuacji geopolitycznej tj. zwiększeniu uwagi USA na Chiny kosztem innych części naszego globu oraz coraz większemu podporządkowywaniu Unii Europejskiej interesom Niemiec (i Francji), kwestia europejskich sił zbrojnych zaczęła nabierać charakteru bardziej politycznego niż obronnego. To znaczy - obecnie jej powstanie ma służyć głównie interesom politycznym elit europejskich niźli zapewnieniu bezpieczeństwa wszystkim 27 krajom Unii Europejskiej. Tak też należy odczytywać koncepcję R. Sikorskiego. Co ciekawe, powiela się ona czasowo ze stanowiskiem kandydata niemieckiej partii SPD na kanclerza Niemiec – Olafem Scholzem, który w marcowym wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” opowiedział się za europejską armią dowodzoną i finansowaną przez Unię Europejską. 

Zbrojne ramię superpaństwa 

Wskazując, że kwestia ta nabrała charakteru przede wszystkim politycznego, po pierwsze należy zauważyć, że siły zbrojne od zawsze stanowiły immanentny element państwa jako formy organizacji społeczeństwa. Tylko poprzez posiadanie własnego wojska dany kraj mógł chronić obywateli przed agresją sił obcych i wrogich dla niego. Armia pozwala więc wykonywać jedno z fundamentalnych zadań państwa – zapewnić bezpieczeństwo jego mieszkańcom. Tworząc więc wojsko, które strukturalnie i operacyjnie byłoby podporządkowane organom Unii - tworzony jest więc kolejny krok w kierunku Unii Europejskiej jako superpaństwa zamiast organizacji suwerennych krajów. To już jest element idei politycznej. Dla Polski, której interesy nie zawsze są zbieżne z interesami najsilniejszych członków UE – to nie jest najlepsze rozwiązanie. 

Czyje bezpieczeństwo? 

Po drugie - kwestia bezpieczeństwa i zagrożeń dla tego stanu inaczej rozumiana jest w Polsce czy krajach bałtyckich, inaczej na południu Europy (np. we Włoszech), a jeszcze inaczej - we Francji czy Niemczech. Dla nas zagrożeniem jest agresywna Rosja posiadająca zdolności i środki do prowadzenia wojny konwencjonalnej, hybrydowej, czy też z użyciem broni masowego rażenia. Dla Włochów jest to zagrożenie głównie terrorystyczne wzrastające wraz z przybywającymi z Afryki imigrantami. Zagrożenie terroryzmem jest również identyfikowane w Niemczech. Jednak pacyfistyczne nastroje niemieckiej opinii społecznej utwierdzają polityków tego kraju w przekonaniu, że dominującym celem polityki zagranicznej powinno być utrzymanie roli hegemona gospodarczego Europy, a nie wzmacnianie militarne np. w związku z zagrożeniem ze strony Rosji. Stąd też decyzja o współpracy z Putinem w zakresie budowy Nord Stream II, pomimo świadomości, że pieniądze pochodzące z tego kontraktu mogą służyć zwiększaniu zdolności militarnych Rosji. W sytuacji tych ogromnych rozbieżności, a nawet sprzeczności, w polityce bezpieczeństwa poszczególnych krajów członkowskich UE – kluczowe pozostaje pytanie, jakie zdolności armia europejska (czy też jak chce R. Sikorski - legion europejski) miałaby posiadać i rozwijać? Następnie - gdzie miałaby zostać wykorzystana? I kto miałby o tym decydować i w jaki sposób? Komisja Europejska? Parlament Europejski? Rada Unii Europejskiej? Jednogłośnie czy większością głosów? W tym wszystkim, przy odrzuceniu lub zmarginalizowaniu roli NATO, czysto hipotetycznie można przecież wyobrazić sobie taką sytuację, że w razie konfliktu Polski z Rosją, gdy ta wciąż zarabiałaby na transferze gazu gazociągami Nord Stream - jednym z możliwych działań byłoby zakłócenie przesyłu gazu w celu odcięcia Rosji od źródeł zarobkowania. A to prowadziłoby do naruszenia stanu bezpieczeństwa Niemiec. Otwarte pozostaje pytanie – co w takiej sytuacji miałaby czynić armia europejska? 

Kropla w morzu potrzeb 

W ścisłym związku z powyższymi wątpliwościami pozostaje pytanie o realne możliwości bojowe takiego wojska UE. Na początku niech przemówią liczby (dane za Global Firepower). Rosyjska armia liczy ponad 1 milion żołnierzy, ma 13 tysięcy czołgów, prawie 800 myśliwców i 64 okręty podwodne. Najliczniejsza armia Europy – Francja – liczy 270 tysięcy żołnierzy, ponad 400 czołgów, około 250 myśliwców i 10 okrętów podwodnych. Niemcy dysponują 185 tysięczną armią, posiadają 240 czołgów, ponad 130 myśliwców oraz 6 okrętów podwodnych. Polskie Siły Zbrojne liczą 110 tys. żołnierzy wojsk operacyjnych (dane MON), mamy ponad 800 czołgów, ponad 90 myśliwców i 3 okręty podwodne.  W kontekście powyższych danych (nie wnikając szczegółowo w stan i jakość powyższego uzbrojenia) powstaje pytanie - jakimi zdolnościami powinna dysponować projektowana armia europejska, aby miała ona rzeczywisty wpływ na zapewnienie bezpieczeństwa państw UE w przypadku np. agresji Rosji? Albo aby chociaż faktycznie wzmacniała zdolności obronne będące w dyspozycji państw członkowskich? Na to pytanie można udzielić wielu odpowiedzi, bo jedni powiedzą, że 100 tysięcy żołnierzy i 500 czołgów, inni, że 150 tysięcy żołnierzy, 200 czołgów i 100 myśliwców… Teraz jednak niech każdy sobie odpowie na pytanie, jaką w związku z tym zdolność bojową będzie miał kilku-, w porywach kilkunastotysięczny legion europejski proponowany przez R. Sikorskiego? Komentarz zbędny. 

Armia najemników 

Jak wspominałem powyżej – armia od zawsze była immanentnym elementem państwa, bo tylko posiadając własne siły zbrojne władza mogła zapewnić bezpieczeństwo swoim obywatelom. Jednak zadanie armii i służących w niej żołnierzy nie ogranicza się tylko do walki zbrojnej. To przede wszystkim służba państwu, służba ojczyźnie, wymagająca szczególnego zaangażowania i poświęcenia oraz zrozumienia idei jej wykonywania. Istnienie właśnie tej dodatkowej warstwy idei służby powoduje, że żołnierza z wojskiem powinno wiązać nie tylko wynagrodzenie, ale także poczucie misji wykonywanego zawodu – swoją pracą żołnierz zapewnia bezpieczeństwo wspólnoty, z której się wywodzi.  

W przypadku legionu europejskiego tego kluczowego dla istoty armii elementu – tj. sensu służby - nie będzie. Charakter żołnierzy takiego wojska byłby zbliżony do najemnika – pracującego dla tego, kto mu płaci. W długookresowej perspektywie taka najemna armia może stanowić potencjalne zagrożenie dla samej Unii Europejskiej. Jeżeli bowiem w grę wchodzą tylko pieniądze, to zawsze może się znaleźć ktoś, kto zapłaci więcej. 

W tym aspekcie warto jeszcze wspomnieć o tym, że wojsko jest także strażnikiem pamięci i tradycji. Zarówno samego narodu, jak i walk, które ten naród toczył. Stąd zawsze uczestnictwo żołnierzy w ważniejszych uroczystościach państwowych, gdzie swoją obecnością przypominają o znaczeniu i roli armii. W przypadku legionu europejskiego – tego spajającego elementu także nie będzie. 

A może chodzi o pieniądze? 

W sprawie tej warto jeszcze zwrócić uwagę na aspekty związane z zakupami uzbrojenia przez państwa członkowskie. W chwili obecnej proces nabywania broni przez poszczególne kraje może być wyłączony z unijnych zasad konkurencji. Państwa, powołując się na podstawowy interes bezpieczeństwa określony w art. 346 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, mogą swobodnie dokonać zakupu środków bojowych. W takich sytuacjach czynią to najczęściej u krajowych producentów. 
Jednak ten ograniczający zasady konkurencji tryb budzi wiele zastrzeżeń przedstawicieli organów Unii Europejskiej. Równocześnie podejmowane są różne działania, aby go ograniczyć. Od kontroli Komisji Europejskiej w zakresie stosowania przez państwa członkowskie art. 346 TUE. Poprzez przyjmowanie takich rozwiązań jak PESCO. Skończywszy na innych, miękkich inicjatywach zmierzających do promowania i zachęcania do współpracy przedsiębiorców tak, aby w produkcji uzbrojenia od początku uczestniczyły firmy z różnych krajów Unii. Wszystko po to, aby państwa zaangażowane w wytworzenie danego uzbrojenia następnie nabyły go dla swoich armii. 

W tych okolicznościach stworzenie armii europejskiej i uzbrojenie jej w określony typ broni może mieć wpływ na decyzje zakupowe poszczególnych państw członkowskich, np. w kontekście interoperacyjności systemów produkowanych przez różnych producentów. W wyścigu związanym z wyposażeniem żołnierzy takiego wojska uprzywilejowaną pozycję na pewno mieliby wytwórcy z najsilniejszych krajów UE, tj. Niemiec i Francji. Zarówno ze względu na dominujący wpływ rządów tych państw w Unii, jak i ze względu na przewagi konkurencyjne tych przedsiębiorstw, które zdobyły, mogąc bez przeszkód funkcjonować i rozwijać się przez lata w ramach Wspólnoty Europejskiej (do której Polska należy od 2004 r.). O tym aspekcie też warto pamiętać, dyskutując o armii europejskiej. 

Armia europejska tylko z NATO

Powyższe wyraźnie wskazuje, że legion europejski proponowany przez R. Sikorskiego jako element programu politycznego PO, nie służy w żaden sposób zapewnieniu bezpieczeństwa militarnego Polski ani Unii Europejskiej. Ma wyłącznie charakter polityczny, którego celem jest zdobycie poparcia środowisk europejskich. Chcą one swojej armii, aby zrobić kolejny strukturalny krok w stronę superpaństwa. Jednak jednostka ta nie będzie miała żadnego znaczenia z perspektywy militarnej. Stąd, biorąc pod uwagę polską rację stanu, trudno ten pomysł zaakceptować. 

Jednak w tym miejscu chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie jestem przeciwnikiem armii europejskiej w ogóle. Zwiększenie zdolności obronnych państw Unii Europejskiej i NATO jest kierunkiem jak najbardziej pożądanym. Jednak kluczowym jest to, aby determinowała je kwestia bezpieczeństwa, a nie polityki. Stąd mówiąc o armii europejskiej warto byłoby powrócić do jej idei prezentowanej zarówno przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak i Premiera Jarosława Kaczyńskiego – a więc ścisłego jej powiązania z NATO, który jest przecież sojuszem wojskowym suwerennych państw. W takiej konfiguracji budowanie dodatkowych zdolności obronnych może dać Polsce wymierne korzyści związane ze zwiększeniem bezpieczeństwa naszego kraju. 

 

 


Źródło: niezalezna.pl

#Armia europejska #analiza #wojsko #Radosław Sikorski

Błażej Wojnicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo