Warszawa to jedyny samorząd w Polsce, który podzielił śmieci swoich mieszkańców na dwie części w tak dziwny sposób. Pierwszą, opłacaną bezpośrednio przez Ratusz, stanowi opróżnienie miejskich śmietników i wywóz ich zawartości. Druga to tzw. zagospodarowanie, czyli sortowanie, recykling i utylizacja na składowiskach oraz w spalarniach. Zajmują się tym komercyjne firmy śmieciowe, a płaci im MPO, oczywiście pieniędzmi miasta. Efekt? Stołeczne instalacje do przetwarzania odpadów stoją puste, a śmieci warszawiaków podróżują po całej Polsce, bo MPO wybiera firmy śmieciowe z prowincji oferujące najniższe ceny za zagospodarowanie. To, że miasto dopłaca dodatkowe dziesiątki milionów złotych za wywóz odpadów na Dolny Śląsk i Podkarpacie, na ludziach Trzaskowskiego nie robi wrażenia. 

Szeryf branży odpadowej posprząta po Trzaskowskim?

Zagospodarowanie odpadów odbywa się w stolicy na nowych zasadach od 1 kwietnia 2021 r. Konsekwencjami polityki śmieciowej ekipy Trzaskowskiego zbulwersowani są politycy Zjednoczonej Prawicy. 

– Sposób, w jaki rozpisano przetargi śmieciowe w Warszawie, w mojej ocenie nosi znamiona niegospodarności. Rozmawiałem na ten temat z wiceministrem klimatu i środowiska Jackiem Ozdobą. Jestem przekonany, że resort znajdzie rozwiązanie i powstrzyma szkodliwą, a w przypadku Warszawy także generującą niepotrzebne koszty, turystykę śmieciową

– mówi portalowi Niezalezna.pl poseł Kamil Bortniczuk.

W Zjednoczonej Prawicy Ozdoba ma opinie szeryfa branży odpadowej, który wypowiedział wojnę mafii śmieciowej. Kilka tygodni temu zlecił audyt działalności wszystkich wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska. Jego zdaniem nie wszystkie inspektoraty walczyły z patologiami z odpowiednią determinacją. Jego działania przyniosły już pierwszą dymisję – przyspieszono odejście na emeryturę dolnośląskiego inspektora. Powód? Jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, syn urzędnika pracował w spółce powiązanej z dolnośląską firmą śmieciową, która… właśnie dostała od ludzi Trzaskowskiego kontrakt na zagospodarowanie odpadów w stolicy. Firma jest właścicielem składowiska w Rudnej Wielkiej na Dolnym Śląsku, to tam trafi gros stołecznych śmieci.

MPO, organizator przetargów na zagospodarowanie odpadów w Warszawie, jest w pełni kontrolowane przez władze miasta. By się o tym przekonać wystarczy spojrzeć na kierownictwo spółki. Jej prezes Włodzimierz Karpiński, współautor polityki śmieciowej stolicy,  to były minister skarbu w rządach Ewy Kopacz i Donalda Tuska, obecnie w trakcie przeprowadzki do Ratusza, gdzie ma pełnić funkcję sekretarza miasta. Wśród działaczy uchodzi za człowieka Marcina Kierwińskiego, szarej eminencji stołecznych struktur PO. Jego miejsce na czele spółki zajmie najpewniej dotychczasowy członek zarządu firmy Zdzisław Gawlik, który za rządów PO był wiceministrem skarbu.

Śmieciarki ruszają w Polskę. 8,8 tys. zł za jeden kurs

Na czym dokładnie polega mechanizm, przez który warszawskie śmieci zaczęły krążyć po Polsce? MPO uznało, że – skoro miasto tak czy inaczej płaci za transport odpadów – to przy zagospodarowaniu głównym kryterium ma być cena. Przez to niemal wszystkie kontrakty śmieciowe trafiły do firm dysponujących instalacjami i składowiskami setki kilometrów na południe. Na prowincji koszty pracy zawsze były niższe niż w stolicy, poza tym część oferentów mogła kalkulować, że zaoferuje niskie ceny zagospodarowania i odbije je sobie na wyższych kosztach transportu. Stołeczny samorząd nie ma własnych obiektów do przetwarzania odpadów, bo władze miasta przez lata nie zbudowały własnej instalacji z prawdziwego zdarzenia. Jednak przynajmniej część strumienia śmieci mogłaby trafić do warszawskich i podwarszawskich instalacji (w większości należą one do prywatnych firm i mają moce przerobowe pozwalające przetworzyć około jednej trzeciej stołecznych odpadów). Tyle że MPO całkowicie je pominęło, bo niższą cenę zaoferowały firmy z instalacjami w Kamieńsku (woj. łódzkie), Rudnej Wielkiej (Dolny Śląsk), w Jaroszowie (Dolny Śląsk), Tarnobrzegu (Podkarpacie) czy Nowym Targu (Małopolska). Czy to oznacza, że warszawiacy zaoszczędzą? Tylko z pozoru. W rzeczywistości mieszkańcy będą przecież musieli jeszcze zapłacić za koszty transportu pokrywane przez miasto. 

Absurdalność stołecznych przetargów dobrze pokazuje przykład: o odbiór i zagospodarowanie odpadów w dwóch dzielnicach Białołęka i Targówek zabiegają firma z instalacją w podwarszawskim Pruszkowie, konsorcjum z Tarnobrzega i Podhala oraz konsorcjum ze Słubic (Lubuskie) i Myśliborza (Zachodniopomorskie). Na pierwszy rzut oka oferta Pruszkowa jest najmniej korzystna – ok 700 zł za tonę, podczas gdy konkurencja zaoferowała odpowiednio  587 i 476 zł. Ale po doliczeniu kosztów odbioru śmieci od mieszkańców i transportu do instalacji okazuje się, że Pruszków jest najtańszy. To proste – do Pruszkowa jest mniej niż pół godziny drogi, do pozostałych obiektów – od 240 do 500 km!

Eksperci szacują, że co kwartał w Polskę ruszy z Warszawy 160 tys. ton śmieci. To ok. 8 tys. ciężarówek. Część pojazdów będzie miała do przebycia 400 km do docelowej instalacji. Biorąc pod uwagę, że Ratusz dopłaca nawet 400 zł za jedną tonę, a na jeden samochód wchodzi ok. 22 ton, to kurs jednej śmieciarki będzie kosztować stolicę ok. 8,8 tys. zł. W skali roku miasto – a de facto mieszkańcy - zapłaci za te wojaże ponad 150 mln zł!

Składowisko podwyższonego ryzyka. „HIV, żółtaczka”

Gdy kilka miesięcy temu warszawskie firmy śmieciowe, pominięte przez MPO, zaskarżyły kryteria wyboru wykonawców do Krajowej Izby Odwoławczej, miejska spółka postanowiła rozdać kontrakty śmieciowe bez przetargu, w „trybie negocjacji bez ogłoszenia”. Tym sposobem warszawskie śmieci zaczęły jeździć na Dolny Śląsk (Jaroszów, Rudna Wielka) i do Łódzkiego (Kamieńsk).

Wybór budzi liczne kontrowersje. O Rudnej Wielkiej od kilkunastu miesięcy jest głośno w mediach. Obiektem interesują się służby środowiskowe i prokuratura. W 2018 r. podczas kontroli na składowisku wykryto niebezpieczne odpady medyczne: strzykawki, pojemniki z krwią, leki, fekalia, opatrunki, pieluchy. W toku jednego ze śledztw – jak twierdzi „Dziennik Gazeta Prawna” - prokuratora zleciła opinię biegłemu, który stwierdził, że składowisko zagraża zdrowiu lokalnej ludności i może rozprzestrzeniać wirusy – m.in. HIV oraz żółtaczkę. 

Kontrakt bez przetargu dla konsorcjanta

Właściciel składowiska w Kamieńsku to z kolei partner biznesowy MPO, które bez przetargu powierzyło mu śmieciowe kontrakty. „MPO z wymienionym podmiotem wchodzi w konsorcja od 2020 r. Dotychczas MPO wystąpiło wspólnie z tą spółką w 62 postępowaniach” – przyznaje warszawska spółka komunalna w odpowiedziach na nasze pytania. Obie firmy występowały w konsorcjum, walcząc o kontrakty śmieciowe w podwarszawskich miejscowościach i instytucjach publicznych takich jak Kancelaria Sejmu, Agencja Wywiadu, Lotniska im. Chopina czy TVP.

Na tym nie koniec. Z dokumentów, którymi dysponujemy, wynika, że spółka wybrana przez MPO w jednym z bezprzetargowych postępowań wskazała podwykonawcę – podwarszawską firmę śmieciową, na którą warszawski ratusz trzy lata temu doniósł do prokuratury. Miasto podejrzewało firmę o tzw. dopisywanie, czyli zawyżanie masy odbieranych śmieci. Z informacji przekazanych nam przez urząd miasta wynika, że dane były jednoznaczne: w lipcu 2018 r. posądzona firma zaraportowała odbiór 10,7 tys. ton z warszawskiego Mokotowa. Miesiąc później, gdy kontrakt przejęło MPO, masa spadła do 6,6 tysięcy. Mimo to – jak podaje miasto – prokuratura umorzyła sprawę z powodu „braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu”. 

Czym dokładnie jest „dopisywanie”? Według ekspertów to prawdziwa plaga branży. W skrócie chodzi o to, że firma śmieciowa oferuje w przetargu cenę niską lub nawet zaniżoną a już podczas realizacji zadania raportuje, że śmieci jest więcej niż założono w specyfikacji postępowania, czasem nawet o 40-50 proc. Manipulacja wagą odpadów jest najłatwiejsza, gdy  firma odbierająca odpady ma własne składowisko. Wtedy odpady "dopisane" znikają na składowisku. W przypadku różnicy ok. 4 tys. ton miesięcznie to koszt około 4 mln zł miesięcznie. W skali roku to już prawie 50 mln. Zdaniem ekspertów tam, gdzie jest podejrzanie niska cena gminy powinny od razu weryfikować wskaźnik odpadów na mieszkańca. Zdarza się, że jest on dwukrotnie wyższy od średniej. Z naszych informacji wynika, że wiceminister Ozdoba zamierza zająć się procederem „dopisywania”.

Według złożonej oferty firma, którą Ratusz podejrzewał o „dopisywanie”, miała przetwarzać odpady kuchenne w swojej podwarszawskiej instalacji. Tyle, że pozwolenie dotyczące tej instalacji może być już nieważne. Decyzję o stwierdzeniu nieważności wydali już zarówno starosta, jak i Samorządowe Kolegium Odwoławcze 29 marca 2021 roku. „Decyzja jest ostateczna w trybie instancyjnym, może być jednak zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w terminie 30 dni od daty doręczenia” – informuje nas SKO. 

Z naszych informacji wynika, że o wycofanie tej decyzji z obrotu prawnego niedawno wystąpiła też do ministra Ozdoby posłanka Zjednoczonej Prawicy Dominika Chorosińska – w imieniu mieszkańców z jej okręgu, na terenie którego znajduje się wspomniana instalacja. Resort klimatu już zajął się tym pozwoleniem. „Postępowanie pozostaje w toku. Po analizie materiału dowodowego, w ustawowym terminie Minister Klimatu i Środowiska, wyda rozstrzygnięcie w tej sprawie” – czytamy w odpowiedziach na nasze pytania.

MPO jest zaskoczone problemami z pozwoleniem dotyczącym tej instalacji. „Spółka nie pozyskała wiedzy o nieważności ww. decyzji. (…) Wszelkie dokumenty przedkładane przez Wykonawcę i jego podwykonawców są przez Spółkę wnikliwie weryfikowane. Wykonawca oraz jego podwykonawcy w trakcie postępowania przetargowego potwierdzają aktualność decyzji oraz to, że decyzja nie została cofnięta i nie wygasła” – czytamy w mejlu z MPO. Przedsiębiorstwo zapewnia też, że odpady kuchenne jednak nie będą przetwarzane pod Warszawą. Mają jeździć do Kamieńska, czyli 160 km od stolicy.

Właściciel tej instalacji mimo licznych próśb nie odpowiedział na nasze pytania. 

Trzaskowski ściągnie na Polskę unijną karę? 

Sprawa warszawskiej turystyki śmieciowej od kilku tygodni jest przedmiotem zainteresowania mediów. Przedstawiciele miasta tłumaczą, że wożą śmieci po Polsce, bo zezwalają na to przepisy o tzw. deregionalizacji. W ich myśl nie ma obowiązku, by przetwarzać odpady w miejscu ich wytworzenia. Sęk w tym, że według informacji uzyskanych w otoczeniu ministra Ozdoby żaden inny samorząd w kraju nie korzysta z tych przepisów w tak zuchwały sposób. Innymi słowy, tylko ekipa Trzaskowskiego wysyła swoje śmieci tak daleko w Polskę.

Pytanie jednak, czy działania władz stolicy nie stanowią złamania tzw. zasady bliskości wprowadzonej do polskiego prawodawstwa unijna dyrektywą. W myśl tej zasady odpady muszą być przetwarzane możliwie najbliżej ich wytworzenia. Jeśli zainteresuje się tym Bruksela, Polsce będzie grozić wielomilionowa kara podobna do tej, którą przed laty z powodu śmieci dostała Grecja. W 2016 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zasądził od Grecji zapłatę ryczałtu w wysokości 10 mln EUR i okresową karę w kwocie 30 tys. EUR za każdy dzień zwłoki we wprowadzeniu w życie prawa Unii w sprawie odpadów. 
Byłby to znamienny paradoks: unijna kara dla Polski za działalność polityka, który uważa się za lidera postępu i proeuropejskości