Nie wiem, czy wszyscy czują to samo, co ja: działanie na rzecz Międzymorza wywyższa wydarzenia i ludzi. Z uczestników codziennych politycznych sporów, czyni współtwórców historii. Prezydenci Polski - Andrzej Duda, Litwy - Gitanas Nauseda, Estonii - Kersti Kaljulaid, Łotwy - Egils Levits i Ukrainy - Wołodymyr Zełenski, odwołując się do 3 maja 1791, wzięli udział w historii. Co czuje każdy, kto czuje się w tę historię zanurzony, w kim tkwi narodowa świadomość.

Nie we wszystkich Polakach ona tkwi i nie potrafię powstrzymać się przed krótkim, anegdotycznym wspomnieniem z roku 2008. Oto 12 sierpnia Lech Kaczyński przemawiał w czasie wiecu w Tbilisi, a u jego boku stali premier Ukrainy oraz prezydenci Litwy, Łotwy i Estonii. Działa się historia. Wieczorem przerzucałem kanały w telewizorze, bo jeszcze taki miałem. Nagle przed oczami mignęło mi „Szkło kontaktowe” w TVN24. Pokazane było Tbilisi, a komentujący rechotali, że Lech Kaczyński jest… niższy od pozostałych stojących na scenie. Tak było…

Już nie „ciżba na kolanach”, a wolne narody

Na czym polega to wywyższanie, którym zaskoczeni mogą być czasem sami uczestnicy wydarzeń? Na odrzuceniu fatalizmu, który narzuconym nam został w Jałcie. Kto czytał powieść „Kontra” Józefa Mackiewicza o tragedii Kozaków dońskich i przedstawicieli innych narodów wschodniej Europy, wydawanych przez cywilizowany Zachód w sowieckie łapy (polecam też dostępny w sieci znakomity tekst tego samego Autora „Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy”), ten zrozumie znaczenie polityki Lecha Kaczyńskiego. Nie potrafię powstrzymać się przed zacytowaniem opisu Mackiewicza: 

„Gdy 1 czerwca 1945 wzeszło słońce nad doliną rzeki Drawy, płynącej wąskim korytem południowych Alp, oświetliło ono następujący obraz: wielotysięczna ciżba na kolanach zasłaniająca się krzyżem; po łąkach i polach rozbiegane tabuny koni i wielbłądów; kobiety z dziećmi drapiące się na skaliste zbocza, uchodzące w śmiertelnym przerażeniu przed kulami i pałkami chrześcijańskich żołnierzy, zapędzających wszystko w ręce kata… – Co to było? A no, gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym ironicznie: wydawanie >>Azjatów<< w ręce europejskiego marxizmu”.

Oto w 2008 r. po raz pierwszy przywódcy państw gorszej Europy zachowali się nie jak gnana pod bat Moskwy ciżba, a tak, jakby reprezentowali państwa, które po Jałcie znalazły się po zachodniej stronie. Bez kompleksów broniąc jednego z nich, atakowanego przez zbrodniczego agresora.

Tuż po Smoleńsku postawiłem tezę, że jego celem było ponowne zdegradowanie państw regionu. Pokazanie, że skoro można zamordować waszego lidera i ani jego rodacy, ani wy, ani Zachód nie kiwnie w tej sprawie palcem, to jesteście nadal sowieckimi ludźmi. Nadal nie jesteście dla Moskwy „zagranicą” i niech nie przyjdzie wam więcej do głowy brać na serio swojego statusu niepodległych państw. Bo wiecie, co was czeka…

Wspólne dziedzictwo 3 maja

W najczarniejszych latach po Smoleńsku, znaczonych obłudnym hasłem polsko-rosyjskiego ocieplenia, nie miałem wątpliwości, że dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego powróci. Bo Jałta, dzieląca Europę na pół, była zbrodnią przeciwko naszym narodom, ale także zbrodnią przeciwko Europie jako całości, odcinając ją od jej – mówiąc językiem Jana Pawła II – wschodniego płuca. Awans Europy Środkowo-Wschodniej musi się dokonać, bo to jej naturalne dążenie i najbardziej rozbudowane agentury mogą ten proces jedynie spowolnić, ale nie trwale zahamować.

Dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego wróciło w ostatnich tygodniach, gdy nieduże Czechy i Bułgaria przeciwstawiły się Rosji. Dopełnieniem tego stała się wspólna deklaracja Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii, że Konstytucja 3 maja to nasze wspólne dziedzictwo. 

„Uważamy, że dla nas wszystkich solidarność narodów, szczególnie przy obecnych zagrożeniach dla naszego wspólnego bezpieczeństwa, jest jednym z kamieni węgielnych pokoju, stabilności, rozwoju, dobrobytu i odporności” – napisali prezydenci. Przeciwstawiając się agresji wobec Ukrainy, powtórzyli niejako za Lechem Kaczyńskim: „Nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają, że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy: >>Nie!<<”. 

Chodźcie z nami!

Napisałem dziś w południe na Albicli, po ogłoszeniu tej deklaracji, że „warto zapamiętać, kto dziś będzie to przesłanie torpedować i umniejszać”. Dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego jest przeciwieństwem polityki postulowanej przez PO i Konfederację, artykułowanej przez niemal identyczne tezy, formułowane przez Radosława Sikorskiego i Krzysztofa Bosaka. Polityki, która szermuje „realizmem”, czyli podporządkowaniem Moskwie lub Berlinowi.

I jeszcze jedno na koniec: dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego to budowa wielkości Polski opartej na budowaniu sojuszu i łagodzeniu konfliktów z naszymi sąsiadami oraz innymi państwami regionu, położonymi między Rosją a Niemcami. Odwrotność polityki ciasnego nacjonalizmu, uległego wobec Moskwy, a wyżywającego się na podsycaniu konfliktów historycznych z państwami, z którymi wspólny interes każe nam współpracować.

W latach po Smoleńsku wiele najlepszej młodzieży uległo urokowi środowisk dzisiejszej Konfederacji, szermujących tradycją Żołnierzy Wyklętych, AK czy NSZ. Dziś jasne jest, że to program Lecha Kaczyńskiego jest kontynuacją tamtych niepodległościowych tradycji. To on jest budową Wielkiej Polski, bo Międzymorze jest większe terytorialnie i ludnościowo od Niemiec i europejskiej części Rosji. To on zachował sprawczość i atrakcyjność. Myślę, że wielu z tych, których przyciągnął do narodowców wspaniały magnetyzm polskiego patriotyzmu, ma szansę to teraz dostrzec. U nas sztandary są te same, a mało kto za młodu jest znawcą geopolityki. Jeśli zrozumieliście o co chodzi, chodźcie z nami!