Przypadek amantadyny

  

Lek, który pomógł tysiącom Polaków, jak twierdzi dr Włodzimierz Bodnar, czy preparat, co do którego nie ma żadnych podstaw merytorycznych ani naukowych do stosowania w przebiegu COVID-19, jak twierdzi prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych prof. Robert Flisiak? Prawda w tym przypadku nie może leżeć pośrodku. Wprawdzie na razie nie ma wystarczających dowodów naukowych na skuteczność amantadyny, są tylko, a może aż, obserwacje przypadków. Wątpliwe jest jednak twierdzenie, że nie ma żadnych podstaw merytorycznych, aby uznać, że ten lek pomaga w leczeniu COVID-19.

Amantadyna to lek stosowany w leczeniu choroby Parkinsona i stwardnienia rozsianego. Kiedyś był stosowany w zwalczaniu wirusa grypy typu A. Od kilku miesięcy w mediach trwa spektakl ośmieszania tego środka, lekceważenia, przypisywania mu szkodliwego charakteru. Dlaczego medyczne autorytety rzuciły się na amantadynę, zanim na dobre ruszyły badania kliniczne? Niemal od początku uznały, że jej stosowanie to niemal przestępstwo, co trudno zrozumieć, skoro w mediach pojawiały się głosy medyków, którzy wprost deklarowali, że pomogła ona wielu ich pacjentom.

Przesłanki świadczące o skuteczności amantadyny

Dr Włodzimierz Bodnar od wielu lat razem z innymi lekarzami stosował amantadynę w leczeniu chorób płuc. Od niemal roku przepisuje ją pacjentom w leczeniu COVID-19. Prawdopodobny wpływ tego leku na COVID-19 wskazał prof. Konrad Rejdak z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Profesor na łamach „Menedżera Zdrowia” podzielił się swoimi doświadczeniami ze stosowania amantadyny. Wraz z prof. Pawłem Griebem jako pierwsi na świecie opisali w artykule możliwe działanie ochronne tego leku u pacjentów z chorobami neurologicznymi. Prof. Rejdak obserwował grupę kilkunastu pacjentów, którzy brali leki z powodów neurologicznych, a gdy zakazili się koronawirusem, choroba przebiegła u nich łagodnie. To oczywiście tylko przesłanka, która daje nadzieję, że lek może być skuteczny, ale sam opis przypadków nie jest wystarczającym dowodem na potwierdzenie skuteczności amantadyny. Nie są też nim zapewnienia dr. Włodzimierza Bodnara, który przyznaje, że od roku leczy tym preparatem swoich pacjentów i osiąga pozytywne efekty.

W końcu badania ruszyły

Po roku od pojawienia się pierwszych sygnałów, że lek, który pierwotnie był stosowany przy grypie, może wpływać na leczenie COVID-19, wreszcie ruszyły badania kliniczne. Będą one prowadzone w 20 ośrodkach szpitalnych w całym kraju. Według ministra Adama Niedzielskiego pierwsze wyniki mają się pojawić w drugiej połowie kwietnia, choć z sygnałów płynących z Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach wynika, że ten termin jest nierealny. Profesor Konrad Rejdak, który kieruje badaniami, twierdzi, że poznamy je nie wcześniej niż pod koniec maja.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że w sprawie amantadyny zmarnowano za dużo czasu. Jaki był powód, że rząd nie spieszył się z rozpoczęciem badań? Dr Włodzimierz Bodnar, który już ponad rok podaje pacjentom covidowym amantadynę, przyznał, że wielokrotnie próbował dotrzeć do rządzących i Rady Medycznej, pisał mejle do Ministerstwa Zdrowia, próbował się kontaktować przez parlament już w pierwszej połowie zeszłego roku. Sam nie do końca rozumie, dlaczego jego głos nie został potraktowany z należytą powagą.
Niemal od samego początku, kiedy pojawił się w mediach temat amantadyny, liczne grono medycznych autorytetów zdecydowało, że lek nie może być skuteczny na COVID-19. Z góry założono, że badania nad nim nie mają sensu. Kiedy wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł publicznie przyznał się do jej przyjęcia, prof. Krzysztof Simon, jeden z doradców premiera, krytykował go za opowiadanie andronów. Sceptyczny wobec jej stosowania jest też inny doradca premiera prof. Robert Flisiak, przede wszystkim ze względu na brak badań klinicznych. Jeszcze dalej idzie główny doradca premiera ds. COVID-19, prof. Andrzej Horban, który zwraca uwagę na liczne skutki uboczne leku. To o tyle zaskakujące, że jeszcze w 2009 r. sam zalecał stosowanie amantadyny w leczeniu grypy typu A, a przecież od tego czasu lek nie zmienił swojego składu. Dość sceptyczny wobec leku jest sam minister zdrowia Adam Niedzielski, który tylko pozornie nie opowiada się po żadnej stronie burzliwej dyskusji przetaczającej się w mediach. Przywołuje jednak argumenty o lekarzach przyjmujących w szpitalach pacjentów, którzy leczyli się amantadyną, a są hospitalizowani i ciężko przechodzą zakażenie koronawirusem.

Skąd ta niechęć?

Dlaczego w mediach pojawia się tak wiele głosów niechętnych wobec leku, który może przynieść ulgę setkom tysięcy ludzi? Jedną z przyczyn tej niechęci może być to, że koncerny farmaceutyczne na niej nic nie zarobią. Jest ona bowiem lekiem starym i tanim. Firmy nie miałyby większego interesu z inwestowania w badania. Poza tym dawno wygasła już jego ochrona patentowa i wiele przedsiębiorstw zainteresowanych produkcją amantadyny mogłoby skorzystać z badań jednej firmy. Ona zainwestowałaby swoje środki, a zysk rozłożyłby się na wiele firm i byłby dużo mniejszy niż w przypadku produkcji leku na wyłączność.
Ośmieszanie amantadyny może być mechanizmem obronnym tych, którzy na wstępie ją skreślili. Wyobraźmy sobie sytuację, że zostanie potwierdzona jej skuteczność w badaniach klinicznych. Czy znamienite gremia profesorskie będą się w stanie przyznać do błędu? Bardzo wątpliwe. Oznaczałoby to przecież, że to one ponoszą część odpowiedzialności za tę sytuację.

Lepiej późno niż wcale

Decyzja ministra zdrowia Adama Niedzielskiego o rozpoczęciu badań klinicznych nad amantadyną została podjęta 15 grudnia ubiegłego roku. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego stało się to tak późno, skoro istniały uzasadnione przesłanki, że może ona działać na COVID-19. Wielokrotnie wypowiadał się na ten temat dr Włodzimierz Bodnar, który leczył nią swoich pacjentów. Profesor Konrad Rejdak zaobserwował też, że po jej podaniu pacjenci z chorobami neurologicznymi przeszli lekko koronawirusa. Poza tym jest to lek znany, na początku podawany przy leczeniu grypy, która jest chorobą wirusową. O tym wszystkim było wiadomo już ponad pół roku przed podjęciem decyzji. Należało zatem zadziałać niezwłocznie, aby te przesłanki sprawdzić, nawet jeśli okazałoby się, że profesor Włodzimierz Bodnar się myli.

Rząd skupił się na szczepieniach, co jest oczywiście ważnym elementem strategii walki z COVID-19, ale nie zrobił wystarczająco wiele, by sprawdzić działanie leku już istniejącego. Zresztą to szerszy problem otwarcia na inne terapie czy schematy leczenia, które należy systematycznie badać i weryfikować ich skuteczność. Wiemy już, że szczepionki działają, lecz nie wiemy, jak długo – tę wiedzę w skali populacyjnej i jednostkowej właśnie zdobywamy. Nie wiemy także, bo wiedzieć nie możemy, jak będzie ewoluował SARS-CoV-2 i w jakim stopniu szczepionki będą sobie z tymi mutacjami radziły. Stąd pilna potrzeba poszukiwania leków i terapii, które można wykorzystać w walce z COVID-19. Zwłaszcza że nie brak głosów ze środowisk nauk medycznych, iż wirus zostanie z nami na długo.

Dobrze, że w końcu badania kliniczne ruszyły, choć porzekadło „lepiej późno niż wcale” brzmi w tej sytuacji wyjątkowo gorzko.


Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts