Smoleńsk należy do najsilniejszych polskich emocji. Kształtowały się w minionych kilkudziesięciu latach. Do takich emocji należało na pewno Powstanie Warszawskie, Poznań 1956, Wybrzeże 1970, wszystko, co działo się wokół Jana Pawła II czy Solidarności, ale Smoleńsk był też taką datą przełomu. Tego typu wydarzenia bardzo często każą wybierać. Szczególnie, kiedy wybory wiążą się z konsekwencjami życiowymi dla tych, którzy tych wyborów dokonują. Bez wątpienia ci, którzy nie chcieli ulec rosyjskiej propagandzie powielanej przez rząd Donalda Tuska, narażali się na poważne konsekwencje.

W przypadku dziennikarzy były to wyrzucenia z pracy, pozbawienie wstępu do większości  mediów, ale też konsekwencje dotykały zwykłych ludzi. Znam przypadki wyrzucania z pracy za udział w marszach smoleńskich. Smoleńsk też rodził postawy odwrotne czyli skrajnego koniunkturalizmu czy zwykłego łobuzerstwa, kiedy ktoś, wiedząc, że coś jest nie w porządku, po to, aby przypodobać się większości, przypodobać się elitom albo zrobić po prostu na tym pieniądze, wyszydzał ludzi inaczej myślących.

Te dwie skrajne postawy ukształtowały nam w jakiś sposób elity. Elity posmoleńskie są już zupełnie inne niż przed kwietniem 2010 roku. Po raz kolejny ludzie musieli dokonać wyboru i ci, którzy stanęli po stronie propagandy rosyjskiej, pozostają po tej samej stronie ze śmiechem Ewy Kopacz nad trupami czy żółwikami z Putinem Donalda Tuska. Ci, którzy wybrali inaczej, przynajmniej mogą sobie z czystym sumieniem w lustrze prosto spojrzeć w oczy.