Żarty o tym, że teraz tylko bogatego będzie stać w stolicy na kąpiel nie są wcale takie pozbawione podstaw logicznych. A dojść mogą inne. Oto, aby w zgodzie z zasadami segregacji śmieci, niektóre z nich trzeba umyć – to zresztą absurd wcześniej wprowadzony i generujący większe zużycie wody dla celów „ekologicznych”. Teraz to samo umycie pudełka po jogurcie zwiększy koszt jego wywiezienia na śmieci.

W jednym z programów radiowych prezydent miasta Rafał Trzaskowski stwierdził, że może dzięki temu rozwiązaniu warszawiacy nauczą się bardziej oszczędzać wodę. Zupełnie tak, jakby wywóz śmieci miał być narzędziem nacisku i edukacji.

Co będzie dalej? Nakłanianie do weganizmu przez zakaz wyrzucania kości z kurczaka? A może od zużycia wody uzależnić inne sprawy? Na przykład opłaty parkingowe: mniej się myjesz, mniej płacisz. Stan wodomierza podsuwasz pod czytnik laserowy w parkometrze i od tego wylicza ci stawkę postojową. Czy lewicowi „naprawiacze świata” wpadną na inne znakomite, odkrywcze pomysły: bilety na komunikację w cenie zależnej od tego, ile razy pasażer przysypia w trakcie jazdy? Koszt benzyny zależny od zużycia płynu do spryskiwacza? I tak dalej, i tak dalej…

Obawiam się jednak, że powiązanie ceny wywozu śmieci z ilością zużytej wody to chytry, tajny plan Trzaskowskiego. Otóż, gdy wystraszeni ludzie przestaną odkręcać kurki w domu, to w efekcie spadnie liczba ścieków. A jak spadnie liczba ścieków, to odetchnie feralny rurociąg od oczyszczalni Czajka. Efekt? Naprawiona awaria Czajki. Niskim kosztem – wystarczyło tak wystraszyć warszawiaków, by nie korzystali z wody. Da się? Da się…