Po ukazaniu się siódmego albumu studyjnego Norah Jones "Pick Me Up From The Floor" w ubiegłym roku krytyk muzyczny Jarosław Szubrycht napisał, że świat potrzebuje takich artystek jak Norah. Potrzebował jej przed pandemią, a teraz wręcz nie może się bez niej obyć. Choćby walił się świat, jej ciepły, niepowtarzalny głos otula spokojem i nadzieją, że wszystko resztkami trzyma się swojego porządku.

Tak jest również w przypadku ukazującej się właśnie płyty "'Til We Meet Again", będącej pierwszym koncertowym albumem Norah. Już sam tytuł brzmi jak pocieszenie: "jeszcze będzie przepięknie", skończą się lęki, izolacje, a artyści znów zaczną wychodzić na scenę witani aplauzem tłumu fanów.

"'Till We Meet Again (Live)" to album minimalistyczny i stonowany. Królują tu eleganckie dźwięki fortepianu i niepowtarzalny wokal, który Norah zdaje się wydobywać z siebie z niedbałą lekkością i bez większego wysiłku. Słuchacze otrzymają wszystko, czego od artystki oczekiwali, choć niewinne "Sunrise" z płyty "Feels Like Home" (2004) niespodziewanie może spotkać się tu z coverem "Black Hole Sun" zespołu Soundgarden w leniwym, melancholijnym aranżu.

Nastrój ukojenia przerywa nieco wykonanie "I've Got To See You Again" z debiutanckiego "Come Away With Me" (2002) za sprawą silnie zaznaczonego rytmu. Tu na pierwszy plan wybijają się instrumenty perkusyjne i gitara basowa, a głos Norah staje się bardziej drapieżny i wyzywający. Nutę dramatyzmu wzmaga kolejna w setliście piosenka "After the Fall" z "Little Broken Hearts" (2012).

To już prawie 20 lat odkąd Norah Jones zachwyciła świat swoim debiutem. Śliczna, urocza, o egzotycznej urodzie, niemal rówieśnica popowych gwiazdek tamtego czasu jak Britney Spears czy Christina Aguilera, pokazała, że będzie tworzyć muzykę na własnych zasadach. Jako piosenkarce i autorce tekstów przy fortepianie bliżej było jej do takich wokalistek jak Tori Amos. Ale Norah Jones była dużo spokojniejsza, nie aspirowała do muzycznej rewolucji, czarowała, łącząc inspiracje jazzem, soulem, bluesem, czasem country.

Jako zdeterminowana 22-latka skutecznie odżegnywała się od wiązania jej kariery z koneksjami rodzinnymi. Jest nieślubną córką Ravi Shankara, indyjskiego kompozytora i wirtuoza gry na sitarze (to on uczył gry na tym instrumencie George'a Harrisona, był też jedną z gwiazd legendarnego festiwalu Woodstock w 1969 roku). Relacje z ojcem nawiązała późno. Urodzona 30 marca 1979 roku Norah wychowywała się z matką, Sue Jones, w Dallas w Teksasie. Uczyła się w klasie fortepianu jazzowego na tamtejszym uniwersytecie. Po dwóch latach przeniosła się do Nowego Jorku. Tam zaczęła występować z grupą Wax Poetic.

Jej solowy debiutancki album rozszedł się w 20 milionach egzemplarzy, z czego polowa nakładu sprzedała się w samych Stanach Zjednoczonych, zapewniając "Come Away With Me" status diamentowej płyty. Drugi album w dyskografii artystki, "Feels like Home", już w dniu premiery rozszedł się w nakładzie miliona kopii. Dziś Norah Jones ma na koncie dziewięć nagród Grammy. Jej melancholijno-kojący styl śpiewania bywa porównywany ze stylem Billie Holliday i Niny Simone. W jej głosie jest słodycz w odpowiednich proporcjach przełamana nutą smutku i depresyjności. Zagraniczni dziennikarze szybko okrzyknęli ją wokalistką, która przetarła szlaki takim gwiazdom jak Katie Melua i Joss Stone.

Sama już jako dwudziestoparolatka była jednak świadoma niebezpieczeństw i pułapek, w które łatwo można wpaść, będąc pupilem show-biznesu. "Starałam się cieszyć sukcesem, ale trochę za bardzo obawiałam się, że ten sukces mnie zawłaszczy" - powiedziała w wywiadzie dla "Guardiana"