Adrian od pierwszej komunii był ministrantem. Jako piętnastolatek brał udział w Światowych Dniach Młodzieży w Rzymie. Jako jeden z najmłodszych dostąpił zaszczytu osobistego spotkania na papieżem Polakiem. A potem mu przeszło, wciągnęło go studenckie życie towarzyskie.

- Nie ma czym się chwalić – mówi – na szczęście Bóg zesłał mi swój dar w postaci spieszącego się na świat syna. Rodzice nasi groszem nie śmierdzieli, więc trzeba było zarabiać, żeby utrzymać tę rodzinę. Morderstwo na Cyprianie… coś takiego nie przyszło do głowy ani mnie, ani Zosi (żona), ani żadnemu z dziadków. Pierworodnemu Adriana minął rok życia, a na świecie pojawiła się Melania. Wtedy Adrian wpadł w kolejną pułapkę. Korporacyjną.

- Ogarnęło mnie przerażenie, on musiał koniecznie zapewnić nam „wszystko”. Ja mogłam się obyć bez najnowszego sprzętu AGD, samochodu, super urządzonego mieszkania. On – nie. 

I gryźć, i szczekać

Przed laty nieżyjący już ksiądz Czesław Wala, twórca i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Pani Ziemi Świętokrzyskiej, wędrował z grupą młodych na Święty Krzyż. Ktoś zapytał go, czy nie wystarczy sama wiara bez tych nużących praktyk. Kapłan odpowiedział: wybacz porównanie, ale to trochę tak jak z psem – stróżem. Musi i gryźć, i szczekać, inaczej żadna z niego pociecha. 

Adrian i Zosia nie mają ślubu kościelnego. Prawie każda panna młoda marzy o białej sukni i „tych wszystkich detalach, które naprawdę są nieważne”. 

W końcu nadszedł ten dzień. Cyprian zaczął przygotowywać się do pierwszej komunii świętej. Właściwie nic się nie stało, a raczej stało się według schematu: przyjęcie, prezenty, mnóstwo prezentów. Babcia ze swoim poświęcanym krzyżykiem wydawała się jakaś taka nieżyciowa. Minął tydzień, może dwa, i Cyprian mocno zaskoczył swoich rodziców – mamo, tato, pomódlmy się przed spaniem. I pomodlili się. Wszyscy czworo, bo Mela też chciała. 

I tak rodzina niepraktykujących zmieniła się w kościół domowy. Oczywiście nie sposób zastosować metod statystycznych, by opisać, ile młodych rodzin go tworzy, ale wiadomo, że one istnieją. Staszek i Wanda śpiewają w scholi u warszawskich franciszkanów. Na zmianę, bo ich niepełnosprawna córka wymaga całodobowej opieki. - Może to zbyt górnolotnie brzmi, ale poznaliśmy się dzięki Bogu i muzyce. W naszym życiu te wartości po prostu się zgrały – mówi Wanda. 

Pułapka Bożego Miłosierdzia

Do Bydgoszczy Janek przyjechał dwa lata temu na studia. Nauka szła mu dobrze. Wychowali go głęboko wierzący rodzice, więc którejś niedzieli poszedł do bydgoskiej bazyliki podziękować Bogu. - I tak wpadłem w pułapkę …Bożego Miłosierdzia. 

Przeczytał po prostu ogłoszenie miejscowego oddziału Caritasu o potrzebie ochotników do pracy – myślałem, że to chodzi o takie tam prace fizyczne. Noszenie ciężarów, nalewanie zupy.

Rzeczywiście nosił i nalewał ale przede wszystkim dostrzegł Pana Jezusa w biednym, odrzuconym, ułomnym, bezbronnym. - Dawny ja na widok takiego nieszczęśnika odwracał wzrok, bo to taki przykry widok. Teraz nie ma problemu. Po prostu podchodzę i pytam: czego ci trzeba? Młodzi z bazyliki oprócz typowej działalności charytatywnej zajmują się też ewangelizacją nieraz bardzo zagubionych i poranionych podopiecznych.

Ruch oazowy, Ruch Czystych Serc skupiający tych, którzy widzą głęboki sens w powstrzymywaniu się od współżycia przed ślubem, członkowie duszpasterstw, scholi, aktorzy parafialnych grup teatralnych. Można wyliczać w nieskończoność. Że jest ich mniej niżbyśmy sobie życzyli… No cóż. Kropla drąży skałę.