Marek Citko dla Niezalezna.pl: Na Wembley nasi piłkarze nie schowają się za plecami Lewandowskiego

W drugiej połowie lat 90-tych XX wieku Marek Citko stał się najbardziej rozpoznawalnym i najpopularniejszym polskim sportowcem. Był najbardziej rozchwytywanym naszym piłkarzem. Biły się o niego takie kluby jak Inter Mediolan, Milan czy ówczesny mistrz Anglii Blackburn Rovers. Kontuzja przekreśliła jego marzenia o wielkiej karierze. Mimo to, Citko zapisał się w pamięci fanów pięknym golem strzelonym Anglii na Wembley. Teraz były pomocnik Widzewa radzi kadrowiczom Paulo Sousy, jak w środę stawić czoła Wyspiarzom.

Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

Niezależna.pl: Więcej niż o meczu z Andorą (3:0) mówi się o kontuzji więzadeł Roberta Lewandowskiego. Nie brak głosów, że bez najlepszego piłkarza świata, w środę Anglicy zetrą naszą reprezentację na miazgę.

Marek Citko: Nie da się ukryć, że Robert zdobywa 60 – 70 procent wszystkich bramek w naszej reprezentacji. A nawet jak nie strzela goli, to ściąga na siebie dwóch, trzech obrońców i tym samym robi miejsce w polu karnym kolegom z drużyny. Jego nieobecność w Londynie to dla nas ogromna strata, ale historia pokazuje, że w sytuacji kryzysowej może narodzić się nowy bohater. Piękno piłki nożnej polega na tym, że nawet Kopciuszek może postawić się mocarzowi i z nim wygrać. Na to liczę w środę!

Na głowę Paulo Sousy spadła lawina krytyki za to, że zamiast oszczędzać „Lewego” na Anglię, wystawił go przeciwko amatorom z Andory. Pana zdaniem selekcjoner popełnił błąd?

Myślę, że nie! W przypadku gwiazdy światowego, a taka jest Lewandowski, to nie tylko sam trener decyduje o jego posłaniu na boisko. Robert ma tak duży autorytet w kadrze, że pewnie selekcjoner konsultował z nim sens występu przeciwko Andorze. Lewandowski to napastnik nienasycony, bardzo ambitny, chce bić kolejne rekordy. Nie może zatem dziwić, że chciał zagrać z amatorami, by podkręcić licznik zdobytych goli w kadrze. Może tylko przy stanie 2:0 Robert, z myślą o Anglii, mógł zagrać delikatniej, oszczędzać się, nie wchodzić w ryzykowane zwarcia... Absolutnie nie obwiniałbym Sousy o kontuzję „Lewego”. To przypadek. Równie dobrze Robert mógł doznać urazu na treningu.

Kto powinien zastąpić kapitana kadry na Wembley?

Krzysztof Piątek. Szczególnie w meczu z Węgrami pokazał się z dobrej strony. Jest silny, walczy, jak trzeba to cofnie się i pomoże w odbiorze piłki. Po cichu liczę również na Karola Świderskiego. Jeśli trener zdecyduje się na grę dwoma napastnikami, to „Świderek” byłby idealnym partnerem dla Piątka. Karol umie znaleźć się pod bramką przeciwników, piłka szuka go w polu karnym. Ma instynkt „killera”.

Jak pan ocenia Paulo Sousę po dwóch meczach z Węgrami (3:3) i Andorą?

Słabo. Najwyżej na 3+. W meczu z Węgrami nie trafił z wyjściową jedenastką, a przeciwko Andorze Polacy grali zdecydowanie za wolno, a Portugalczyk nie potrafił tego zmienić. Dwa występy naszej kadry pozostawiły u mnie niedosyt. Sousę broni jednak fakt, że dopiero poznaje zawodników, że nie miał czasu na przegląd kadr, powiedzmy, w kilku meczach towarzyskich. Ale poczekajmy... Prawdziwa weryfikacja selekcjonera nastąpi po Wembley.

Mimo, że w drugiej połowie lat 90-tych był pan największą gwiazdą polskiej piłki, strzelił wiele pięknych i ważnych bramek, to w świadomości kibiców zapisał się pan przede wszystkim dzięki trafieniu na Wembley w przegranym 1:2 meczu z Anglią w październiku 1996 roku. To był najważniejszy gol w karierze?

Chociaż trochę goli udało mi się zdobyć, to śmieję się, że tak naprawdę strzeliłem dwie bramki: z Atletico Madryt w Lidze Mistrzów i na Wembley. W takich meczach jak z Anglikami, piłkarz może przejść do historii. Mam to szczęście, że dane mi było błysnąć w Londynie, na Wembley, gdzie wielu świetnych zawodników nie miało okazji się pokazać.

Gdyby nie błąd Andrzeja Woźniaka przy bramce na 1:1 Alana Shearera, mogliście z Londynu wywieźć przynajmniej remis.

Rozegraliśmy wtedy jeden z naszych najlepszych meczów przeciwko Wyspiarzom. Mogliśmy wygrać. Anglicy nie mieli na nas pomysłu. Długo utrzymywaliśmy się przy piłce, podcinaliśmy im skrzydła. Może obecni reprezentanci powinni wziąć z nas przykład. Wyjść na gospodarzy odważnie, bez strachu, grać swoje. To metoda na Anglików. Nasza drużyna była niesamowicie mocna psychicznie. Nikt nie był w stanie nas przestraszyć. Byliśmy pewni siebie i swoich umiejętności. A że przegraliśmy? Zdarza się. Futbol to gra błędów. My popełniliśmy je o dwa za dużo, a rutyniarze jakimi byli Anglicy, to wykorzystali. Ale wstydu nie przynieśliśmy. Lepiej przegrać po walce 1:2, niż chowając się ze strachu za podwójną gardą i modląc się o jak najniższą porażkę.

Co takiego jest w starciach z Anglikami, że mają dla nas szczególne znaczenie?

Od meczu z tym rywalem w 1973 roku zaczęły się złote czasy naszej piłki. Poza tym często graliśmy z nimi w eliminacjach mistrzostw świata czy Europy i utarło się, że jeśli pokonamy Anglików, to pojedziemy na wielki turniej, a jeśli przegramy to kolejne mistrzostwa obejrzymy w telewizji. To napędzało piłkarzy. Działało na wyobraźnię.

Starsi piłkarze, bohaterowie z pamiętnego meczu w 1973 roku, mówili o magii Wembley. Pan ma podobne odczucia po występie na tym legendarnym stadionie?

Ja żadnej magii nie czułem. Pochodziłem do starcia na Wembley normalnie, jak do występu na każdym innym, fajnym obiekcie. Może dlatego, że wcześniej grałem w Lidze Mistrzów i miałem okazję grać na pięknych, „żyjących” w tracie meczu stadionach. Kochałem takie mecze jak z Anglią. Były dla mnie wyznacznikiem moich umiejętności. Starcia z silnymi rywalami dawały mi odpowiedź, czy nadaję się do wielkiej piłki, czy nie ustępuję najlepszym. Nie miałem ani stresu, ani tremy. Raczej ochotę, by jak najszybciej wyjść na boisko.

Nie boi się pan, że nasi piłkarze, pozbawieni lidera Roberta Lewandowskiego, przegrają z Anglikami już w szatni, że zwyczajnie przestraszą się rywali?

To byłoby najgorsze, bo w takiej sytuacji rywale by nas „rozstrzelali”. Tego nie dałoby się oglądać! Ale myślę, że będzie odwrotnie. Dotąd gra naszej kadry oparta była na Robercie i to na niego spadała krytyka w przypadku porażki Biało – Czerwonych. Pod jego nieobecność nasi zawodnicy nie mają już alibi, nie będą mogli schować się za jego plecami. Odpowiedzialność za wynik muszą wziąć na swoje barki. I wierzę, że będą chcieli udowodnić, że i bez kapitana też potrafią postawić się faworytom, że są bardzo dobrymi piłkarzami. Mecz z Anglią będzie też egzaminem dla selekcjonera. Co z robi bez Lewandowskiego? Jak ustawi zespół? Czy deleguje na boisko dwóch napastników, czy zagra trzema środkowymi obrońcami, czy też może postawi na klasyczną defensywę z czterema graczami w linii? Pytań jest wiele. Przyznam, że na środowe starcie czekam z niepokojem, ale i z nadzieją i z podekscytowaniem.

Jaki będzie wynik środowej „ bitwy o Anglię”?

Bardziej niż na rezultat, będę patrzył na grę naszej drużyny. Na nasz pomysł na konstruowanie akcji. Po cichu liczę, że pod nieobecność Lewandowskiego Anglicy nas zlekceważą. Myśląc sercem, chciałbym żebyśmy po dobrym meczu wygrali 2:1. Ale może zdarzyć się i tak, że przez 90 minut będziemy się bronić. Wtedy przy łucie szczęścia wywieziemy z Londynu remis. Podział punktów, to byłby bardzo dobry wynik.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

#Wembley #mecz #Polska - Anglia #piłka nożna #sport #Robert Lewandowski

albicla.com@ Piotr Dobrowolski
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo