Nieznośna lekkość kulturowej pustki

Głośnym echem odbił się kolejny rządowy pomysł na oszczędzanie kosztem obywateli. Mowa o projekcie ministra Michała Boniego wprost zmierzającym do likwidacji szkolnych bibliotek.

Głośnym echem odbił się kolejny rządowy pomysł na oszczędzanie kosztem obywateli. Mowa o projekcie ministra Michała Boniego wprost zmierzającym do likwidacji szkolnych bibliotek.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji przygotowało w styczniu 2013 r. projekt założeń ustawy o poprawie warunków świadczenia usług przez jednostki samorządu terytorialnego. Stwarza on prawne warunki do masowej likwidacji szkolnych bibliotek i zrzuca na samorządowe budżety kolejny ciężar organizacyjny i finansowy. W obecnej sytuacji, w kraju dotkniętym kryzysem, będzie to prowadziło do jednego – następnej formy rządowego „zwijania” cywilizacji na polskiej prowincji.

Nawet niewielka znajomość realiów naszych wsi, miasteczek, mniej zasobnych gmin, ich budżetów i problemów pokazuje, że włodarze tych miejscowości nie mogą udźwignąć wszystkich obowiązków zrzucanych na nich przez władzę centralną. Gdy rząd Donalda Tuska oszczędza, obywatele muszą łapać się za kieszeń. A dzieci szukać innych zajęć niż książka. Zawsze zostaje telewizor, włączony na TVN. Złośliwie można powiedzieć, że Ministerstwo Cyfryzacji świetnie się wkomponowuje ze swoimi pomysłami w interesy cyfrowych nadawców telewizji.

Absurdalne połączenia

Nawet jeśli uda się ocalić część bibliotek, powstają przynajmniej dwa poważne źródła problemów na linii szkoła-biblioteka publiczna. Klarownie opisują je autorzy strony internetowej http://www.stoplikwidacjibibliotek.pl/. Po pierwsze pojawią się problemy związane z przeniesieniem bibliotek szkolnych do placówek publicznych. „Uczniowie, którzy nie mogą opuścić szkoły w trakcie zajęć, zostaną bez dostępu do zbiorów. Koniec z wizytą w bibliotece w czasie przerwy lub wolnej lekcji. Odpadają zajęcia z edukacji czytelniczej i informacyjnej, codzienna praca z czytelnikami. Do biblioteki uczniowie mogą ewentualnie iść po lekcjach. Najmłodsi z nich tylko wtedy, gdy zaprowadzą ich rodzice”. Ponadto, część zajęć dydaktycznych, np. lekcje geografii, z reguły wymagają użycia rekwizytów w rodzaju map. Czy szkoła będzie musiała wypożyczać je od biblioteki publicznej? Na jakich zasadach? A co, jeśli najbliższa biblioteka znajduje się kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów dalej?

Po drugie, możliwe jest przyłączanie bibliotek publicznych do szkolnych. Ta sytuacja rodzi nowe problemy: „Wpuszczenie do szkoły osób z zewnątrz jest sprzeczne z oczekiwaniami rodziców w zakresie bezpieczeństwa. Nawet zagwarantowanie osobnych wejść dla korzystających z biblioteki szkolnej i publicznej nie rozwiązuje sytuacji – to iluzoryczne rozdzielenie, bo drogi wszystkich czytelników i tak skrzyżują się w bibliotece”. Biblioteka szkolno-publiczna będzie zmuszona łączyć dwie różne funkcje. Szkoła nie będzie mogła skupić się na gromadzeniu zbiorów edukacyjnych i realizowaniu właściwych sobie zadań, zostanie zmuszona do takiego zgromadzenia zbiorów bibliotecznych, by zadowolił on także czytelników poza­szkolnych. Ponadto bibliotekarz, który nie jest nauczycielem, na mocy prawa nie może prowadzić edukacyjnych zajęć z uczniami.

PO wymachuje cepem

Już tylko kilka tak z pozoru błahych kwestii pokazuje, jak bardzo „zarządzanie zasobami kulturowymi” pozostającymi w gestii MAiC przypomina wymachiwanie na oślep cepem – byle pozbyć się kłopotu, byle spełnić oczekiwania macherów od budżetu i samego premiera. Zabawne, że niemal dokładnie dwa lata temu minister Boni tak mówił na temat czytelnictwa dzieci: „Jeśli się za to nie zabierzemy, to za dziesięć lat co drugi Polak wchodzący na rynek pracy będzie funkcjonalnym analfabetą” („Gazeta Wyborcza”, 28 lutego 2011 r.). Jak widać, chwilę to trwało, ale „się zabrali”. W swoim stylu – bez pomyślunku i ze szkodą dla polskiej oświaty, infrastruktury kulturalnej i – koniec końców – z długofalową stratą dla społeczeństwa.

Wraz z Anną Sobótką pisałem o kondycji polskich bibliotek na łamach „Nowego Obywatela”. Przypomnę kilka zebranych wówczas danych: w 2009 r. istniało w Polsce 8392 bibliotek publicznych oraz ich filii – 2888 w miastach oraz 5504 na wsiach. Od 1989 r. ubyło ich 1921, z tego aż 1467 na terenach wiejskich. Ponadto, jak wynika z ocen dokonanych choćby na potrzeby Narodowej Strategii Rozwoju Kultury na lata 2004–2013, wydatki na biblioteki w przeliczeniu na mieszkańca są w Polsce bardzo niskie. Za międzynarodową normę zakupów nowości książkowych do bibliotek uznaje się 30 woluminów na 100 mieszkańców rocznie. W Polsce do 2004 r. współczynnik ten wynosił nieco ponad 5 woluminów, później nakłady nieco wzrosły, ale od 2009 r. znów są obniżane. W rezultacie likwidacji kolejnych bibliotek tylko w latach 2008–2009 „polski księgozbiór” zmalał o ponad 300 tys. woluminów.

Owszem, podjęto działania na rzecz zmiany sytuacji, pod auspicjami Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powstał choćby program Biblioteka+, znacznej pomocy udzielili polskiej kulturze także prywatni darczyńcy: kilka lat temu Fundacja Billa i Melindy Gatesów we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności powołała Program Rozwoju Bibliotek. Ale niestety negatywne trendy bardzo trudno jest zatrzymać. Próby „łączenia” bibliotek w placówki szkolno-publiczne (podejmowane ze względu na krótkowzroczne rachunki ekonomiczne) nie przyczyniają się do poprawy sytuacji.

Lepsze, ale niedostępne

Dziwi mnie naiwność ludzi, którzy choć zdają sobie sprawę z bardzo prawdopodobnych skutków rządowych pomysłów, pocieszają się nadzieją, że „może nie będzie tak źle”, bo „bibliotek będzie mniej, ale staną się nowocześniejsze”. Owszem, w Polsce istnieją świetnie zorganizowane biblioteki publiczne, pełniące równocześnie wiele funkcji kulturalnych, oświatowych i społecznych. Rzecz w tym, że powstają nowoczesne, doskonale przygotowane placówki ale jest ich coraz mniej, stają się dobrem coraz bardziej ekskluzywnym, a nie powszechnym, dostępnym dla wszystkich. Są jak jasne punkty na coraz bardziej ciemniejącej mapie. Albo inaczej – są jeszcze jednym świadectwem narastającego rozwarstwienia, także w sferze kultury i oświaty. Niestety, modernizatorzy wolą ukryć ten fakt za piękną fasadą ze światła, szkła i stali nowoczesnej, lecz coraz rzadziej dostępnej biblioteki. Witajcie w kraju, którego ministrowie proponują obywatelom nieznośną lekkość kulturowej pustki...

Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, członkiem zespołu pisma „Pressje”, publicystą deon.pl

 

Źródło:

Krzysztof Wołodźko
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo