Proces byłego policjanta, który napadł na kantor

Przed Sądem Rejonowym w Olsztynie ma się dziś rozpocząć proces czterech mężczyzn, którzy napadli na kantor i zrabowali ponad 2,5 mln zł. Ponieważ scenariusz zdarzeń układał były policjant mało brakowało, by był to napad doskonały. Proces ze względów epidemicznych ma się odbywać bez udziału mediów.

Zdjęcie ilustracyjne
pxhere.com

Z aktu oskarżenia w tej sprawie wynika, że główny oskarżony w olsztyńskiej komendzie był zastępcą naczelnika i przez wiele lat z sukcesami tropił m.in. dealerów narkotyków. Z pracy w policji musiał odejść po tym, gdy wyszło na jaw, że jego podwładni biją zatrzymanych. Zastępca naczelnika otrzymał w tej sprawie zarzuty dotyczące braku nadzoru nad podwładnymi policjantami - proces w tej sprawie trwa przed sądem w Ostródzie.

Po zdjęciu munduru były policjant zatrudnił się w firmie ochroniarskiej. Przez co najmniej rok układał misterny plan napadu na kantor w samym centrum Olsztyna - nieopodal siedziby Prokuratury Okręgowej i jednej z komend policji. Mimo sąsiedztwa tych instytucji kantor wybrano bardzo rozważnie - wokół są stare kamienice, których podwórka nie są objęte monitoringiem miejskich kamer. Tymi podwórkami niemal niepostrzeżenie można pokonać kilka ulic w centrum miasta. Ten element topografii wykorzystano w planowaniu napadu.

Aby zrealizować napad doskonały policjant zaangażował swojego brata i dwóch kolegów, z których jeden pracował w kantorze - tym samym, który został obrabowany.

Napad planowano długo wcześniej

Mimo, że do napadu doszło we wrześniu, to już w styczniu brat pomysłodawcy namówił bezdomnego z Ostródy do kupienia dwóch telefonów komórkowych. Mężczyzna miał za to otrzymać 100 zł ale, gdy kupił telefony dostał "za przysługę" 15 zł. Przez kilka miesięcy telefony te leżały w pudełkach, użyto ich dopiero do zrealizowania napadu.

Pracownikowi kantoru przydzielono kilka kluczowych ról - przede wszystkim miał pilnować, kiedy w kantorze są pełne sejfy i jakie kody je otwierają. Miał też poznać kod dezaktywujący alarm w kantorze. Jednak najtrudniejsza jego rola polegała na dorobieniu ogromnego pęku kluczy do kantoru, którymi dysponowała koleżanka, z którą pracował. Ponieważ kobieta skrzętnie pilnowała kluczy aby je dorobić pracownik kantoru musiał posiłkować się pomocą byłego policjanta: ten najpierw zaprzyjaźnił się z pracownicą kantoru, a następnie zapraszał ją np. na kawę. W tym czasie pracownik kantoru dorabiał klucze w najbliższych punktach ślusarskich.

Ponieważ mężczyźni zamierzali napaść na kantor zwyczajnie otwierając drzwi kluczem i dezaktywując kod do sejfu (aby nie wzbudzać podejrzeń przechodniów) wiedzieli, że prowadzący śledztwo od razu zapytają o to, kto miał klucze i znał kody. Dlatego przez wiele miesięcy po napadzie naprowadzali policję na trop pracownicy kantoru, której podkradali klucze.

Do napadu doszło kilka minut po godz. 22 w sobotę 21 września 2019 roku. Kilka godzin wcześniej do byłego policjanta, teraz ochroniarza przyjechał pracownik kantoru. Kamery nagrały, jak wjechał do jego garażu, następnie obaj panowie, którzy rzekomo mieli naprawiać zepsute auto, poszli do sklepu po piwo - zapłacili kartą, by ich transakcja się zarejestrowała i w razie podejrzeń dała im alibi. Kamery nagrały też, że wkrótce dołączył do nich brat byłego policjanta, który na stacji benzynowej kupił im hot-dogi - także zapłacił kartą. Miejski monitoring nagrał, jak mężczyzna przywiózł przekąski i wrócił do domu. Tyle tylko, że w drodze powrotnej zajechał w pobliże kantoru, co zupełnie było nie po drodze.

Wpisali zły kod alarmu

Według ustaleń śledczych były policjant i pracownik kantoru ukryli się w podwórku. Po zmroku ruszyli do kantoru pewnym krokiem wiedząc, że kryje ich cień ponieważ wcześniej specjalnie uszkodzili świetlny neon wiszący nad wejściem. Kluczem otworzyli roletę antywłamaniową i drzwi, a następnie dezaktywowali kod alarmu. Pomylili się wklepując kod ale nie spanikowali - zadzwonili do firmy ochroniarskiej (tej samej, w której zatrudnił się mózg napadu) i podali kod znany tylko właścicielom kantoru i ochronie, i zapewnili, że wszystko jest w porządku.

Po wejściu do kantoru pierwszą rzeczą, którą zrobili rabusie było zabranie rejestratora nagrań z kamer. Następnie otworzyli sejf i zabrali z niego pieniądze. Próbowali otworzyć kolejny ale im się nie udawało. Zeszło im na to za dużo czasu i w kantorze włączył się alarm napadowy. Rabusie ponownie więc zadzwonili do firmy ochroniarskiej i podając się za właściciela kantoru zapewniali, że wszystko jest w porządku. Traf jednak chciał, że inny pracownik tej firmy zadzwonił do prawdziwego właściciela kantoru. Ten od razu zorientował się, że doszło do napadu. Na miejsce natychmiast przybyła policja i właściciel kantoru, który wezwał pracowników. W tym tego, który go obrabował. Ten przyjechał z opóźnieniem.

Rabusie z torbą pełną pieniędzy uciekli podwórkami, na jednym z nich czekał na nich kolega, który zawiózł ich z łupem do domu byłego policjanta. Tam pracownik kantoru przebrał się i wrócił na miejsce przestępstwa wzywany przez szefa. Od razu został przesłuchany i zabezpieczono mu telefon. Potem robiono to jeszcze kilka razy.

Rabusie "pracowali" w rękawiczkach, na miejscu nie zostawili żadnych śladów. Po 3 miesiącach uznali, że przeprowadzili napad doskonały - zaczęli wtedy wydawać pieniądze kupując m.in. luksusowe auta i markowe ubrania.

Sprawa wydała się, gdy biegłemu informatyki śledczej udało się odzyskać zawartość telefonów komórkowych mężczyzn zaangażowanych w napad. Rozwiązywanie zagadki zajęło prokuratorowi i policjantom 9 miesięcy. Gdy policjanci zatrzymywali byłego naczelnika w bagażniku jego auta w workach znaleziono 400 tys. zł.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

#proces #policjant #napad

albicla.com@michalgradus
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo