Paraliże, amputacje, wózki inwalidzkie. Tych zawodników sport uczynił kalekami

Wystarczy jeden błąd, chwila nieuwagi, brawura i agresja rywala lub niedopatrzenie lekarzy i świat się kończy. Zamiast sławy, medali i wielkich pieniędzy sportowcom, którzy stracili zdrowie pozostaje walka o powrót do normalności. Oto opowieść o tych, którzy profesjonalne uprawianie sportu okupili ciężkimi kontuzjami, a nawet życiem.

Tomasz Gollob
Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

Kontuzje są stare jak sam sport. W większości przypadków wytrenowane, młode i silne organizmy sportowców wracają do zdrowia. Nie brak jednak i takich, których urazy okazały się na tyle poważne, że skazały ich na dożywotnie inwalidztwo.

Złamana kariera

Włodzimierz Lubański. Na dźwięk tego nazwiska w latach 60 -tych i na początku 70-tych kibicom mocniej biły serca. Talent czystej wody, diament – lista komplementów pod adresem chłopaka z Gliwic zdawała się nie mieć końca. Miał zaledwie 15 lat, kiedy trafił do seniorów Górnika Zabrze, a w reprezentacji Polski zadebiutował i strzelił gola w meczu z Norwegią (9:0). Liczył sobie wówczas 16 lat i 188 dni. Ewenement w skali światowej! Wróżono mu wielką karierę. Marzenia o podboju świata legły w gruzach 6 czerwca 1973 roku. W meczu eliminacji mistrzostw świata, Biało – Czerwoni pokonali na Stadionie Śląskim w Chorzowie Anglię 2:0. Wynik spotkania w 47. minucie ustalił właśnie Lubański. Jednak siedem minut później, po brutalnym wejściu Roya McFarlanda opuścił boisko na noszach. Diagnoza lekarska sprawiła, że idealny świat młodego Włodka rozpadł się w pył: zerwanie więzadeł krzyżowych. Powrót do pełnej sprawności zajął Lubańskiemu dwa lata. Przepadł mu mundial w 1974 roku i szansa na lukratywny transfer do Realu Madryt, który oferował za niego bajońską, na tamte czasy, sumę miliona dolarów. Lubański wrócił co prawda do gry i po latach czarował w ataku belgijskiego Lokeren, ale już nigdy nie osiągnął tak wybornej dyspozycji, jak przed urazem.

Kłopoty ze zdrowiem zrujnowały również karierę innego idola polskich kibiców – Marka Citki. W drugiej połowie lat 90-tych XX wieku Citko osiągnął niebywałą popularność. W siermiężnej i pozbawionej znaczących międzynarodowych sukcesów polskiej piłce uzyskał status celebryty. Robił różnicę. W meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów, w meczu Widzewa Łódź z Atletico Madryt potrafił zdobyć gola strzałem z połowy boiska. Był pierwszym Polakiem od czasu Jana Domarskiego, który strzelił bramkę Anglikom na Wembley ( Biało – Czerwoni przegrali w 1996 roku 1:2). W apogeum formy i popularności Citkę chciało pół Europy. Z Interem Mediolan na czele. Pomocnik Widzewa zdecydował się na angielski Blackburn Rovers. Wszystko było już ustalone, a papiery czekały na podpisy. Wtedy doszło do nieszczęścia. 17 maja 1997 roku łodzianie grali z Górnikiem Zabrze. Trener Widzewa Franciszek Smuda po latach wspominał, że miał dylemat, czy wystawić w tym spotkaniu czekającego na transfer na Wyspy Citkę. Ponoć piłkarz uparł się, żeby zagrać. I drogo za to zapłacił. Po jednym z ostrych starć z obrońcą Ślązaków, Citko doznał kontuzji ścięgna Achillesa, którą leczył przez 16 miesięcy. Po powrocie na boisko był cieniem samego siebie sprzed urazu. Spełnił swoje marzenie i wyjechał za granicę, ale grał na peryferiach wielkiego futbolu. W Izraelu i w Szwajcarii.

„Dziesiątka serc”

26 maja 2005 roku zmarł Krzysztof Nowak. Pomocnik niemieckiego WfL Wolfsburg miał wtedy 30 lat. Odszedł nie tylko świetny pomocnik, ale serdeczny i przede wszystkim niezłomny człowiek. Nowak przez cztery lata walczył z chorobą ALS, czyli stwardnieniem zanikowym bocznym, nazywanym również schorzeniem Lou Gheriga, od nazwiska amerykańskiego bejsbolisty, który przegrał z nią w wieku 38 lat. Dramat Nowaka zaczął się niewinnie. Piłkarz przeszedł ostrą odmianę grypy. Po wyleczeniu, wrócił do treningów. Ale nie mógł ćwiczyć. Tracił czucie w nogach, wiotczały mu ręce. Po niekończących się seriach badań, zdiagnozowano u Nowaka ALS, charakteryzujące się wiotczeniem i postępującym zanikiem mięśni. Piłkarz został sparaliżowany. Kapitalnie zachowali się szefowie Wolfsburga, którzy najpierw przedłużyli z Nowakiem kontrakt, a potem zorganizowali towarzyski mecz z Bayernem Monachium, z którego dochód został przeznaczony na leczenie Polaka. Pomocnik był idolem kibiców „Wilków”, którzy po jego śmierci założyli fundację wspomagającą chorych na stwardnienie, która na cześć Nowaka nosi nazwę od numeru z którym grał na koszulce - „Dziesiątka serc”.

Sparaliżowany żużel

Straszną cenę za miłość do ścigania na motocyklu zapłacili świetni żużlowcy. Siedmiokrotny mistrz świata Tomasz Gollob podczas przebogatej kariery kontuzji miał mnóstwo. Ostatni uraz zakończył się dla ikony polskiego speedwaya tragicznie. 23 kwietnia 2017 roku podczas treningu motocrossowego w Chełmnie, Gollob uległ wypadkowi, w wyniku którego uszkodził kręgosłup, doznał stłuczenia klatki piersiowej i płuc. Przeszedł wielogodzinną operację, a potem był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej. Do dziś pan Tomasz porusza się na wózku inwalidzkim.

O ile Gollob przechodzi intensywną rehabilitację i wierzy, że jeszcze stanie na własnych nogach, to takiej nadziei, niestety, musiał się wyzbyć Darcy Ward. Australijczyk już do końca życia będzie przykuty do inwalidzkiego wózka. W sierpniu 2015 roku jego życie legło w gruzach. Podczas meczu ligowego pomiędzy Falubazem Zielona Góra a GKM Grudziądz, Ward chciał na wirażu wyprzedzić zawodnika Grudziądza Artjoma Łagutę.

Popełnił jednak błąd techniczny i zawadził o tylne koło rywala. Wpadł w bandę. Uderzył w nią plecami i stracił przytomność. Z toru zabrała go karetka. Australijczyk ocknął się w ambulansie i zdradził, że nie ma czucia w nogach. Badanie rezonansem komputerowym wykazało, że doznał przerwania rdzenia kręgowego na odcinku, który odpowiada za dolne partie ciała. Uszkodzeniu uległy kręgi szyjne C6 i C7. Darcy Ward długo nie mógł się pogodzić z faktem, że do końca życia pozostanie sparaliżowany. W dojściu do równowagi psychicznej bardzo pomogła mu angielska partnerka Lizzie Turner, którą poślubił w lutym 2019 roku.

Wózek zamiast tyczki

Równie ciężką próbę charakteru co Ward, ma przed sobą Kira Grunberg. Wielka nadzieja Austrii w skoku o tyczce. W sierpniu 2015 roku piękna, długonoga blondynka podczas treningu w Innsbrucku uległa wypadkowi, po którym w wieku 21 lat musiała pożegnać się z dotychczasowym życiem. Gdy brała rozbieg, tyczka źle się wygięła i Kira zamiast na poduszce, wylądowała na macie. Tak nieszczęśliwie, że uderzyła w nią głową. Diagnoza lekarska była jak wyrok – złamanie części szyjnej kręgosłupa i paraliż całego ciała. Los skazał ją na dożywocie na wózku.

Więcej szczęścia miał kolejny żużlowiec Krzyszotof Cegielski, który w czerwcu 2003 roku w meczu ligi szwedzkiej uszkodził rdzeń kręgowy. Dzięki niesamowitej determinacji Cegielski po kilku latach intensywnych ćwiczeń zamienił wózek na balkonik, przy którego pomocy poszedł nawet do ślubu z koszykarką Justyną Żurowską.

Serce mistrza

Miłość do sportu zabiła natomiast indywidualnego mistrza świata w kolarstwie z 1989 roku Joachima Halupczoka, który z powodu arytmii serca musiał zakończyć sportową karierę w wieku zaledwie 24 lat. Bez aktywności fizycznej wytrzymał dwa lata. 5 lutego 1994 roku Halupczok dał się jednak namówić na mecz halowej piłki nożnej. Podczas rozgrzewki, kolarz stracił przytomność. Zmarł w drodze do szpitala. Jako przyczynę zgonu podano arytmię serca, która była następstwem niewyleczonej infekcji dróg oddechowych.

Koszmarny wypadek w wyścigu amatorów w Kolonii w czerwcu 2018 roku sprawił, że jeden z najlepszych polskich kolarzy w historii – Ryszard Szurkowski został sparaliżowany i przeszedł kilka operacji rekonstrukcji twarzy. Mistrz do końca wierzył, że nie tylko stanie na nogi, ale nawet wsiądzie na rower. Niestety, 1 lutego 2021 roku zmarł na chorobę nowotworową.

Śmierć czyhała pod bramką

Utrata sprawności, przekreślone plany i marzenia. To boli, ale nawet poszkodowany przez zły los sportowiec może się pocieszyć, że żyje, że miał więcej szczęścia w nieszczęściu, niż wielu „kolegów po fachu”, którzy za zawodowe uprawianie ukochanej dyscypliny zapłacili najwyższą cenę – życie.

Mimo, że we współczesnym futbolu piłkarze są otoczeni specjalistyczną opieką lekarską i fizjoterapeutyczną, przechodzą szereg kompleksowych badań, to i tak zdarza się, że ponoszą śmierć na boisku. Wydarzeniem, które wstrząsnęło środowiskiem była śmierć kameruńskiego gracza Marca – Viviena Foe. W 2003 roku w półfinale Pucharu Konfederacji Kamerun grał z Kolumbią. Mijała 72. minuta meczu, kiedy nagle Foe upadł na murawę. Lekarze jeszcze na boisku zdiagnozowali u niego zatrzymanie akcji serca. Trwająca 45 minut reanimacja nie przyniosła rezultatu. Foe zmarł w szpitalu. Miał 28 lat.

Zaledwie pół roku później śmierć znów wyciągnęła ręce po piłkarza. W styczniu 2004 roku w meczu ligi portugalskiej, ni z tego ni z owego na boisko niczym kłoda upadł wprowadzony do gry po przerwie napastnik Benfiki Lizbona Miklos Feher. Piłkarze Vitorii Guimaraes protestowali u sędziego, że rywal udaje, bo gra na czas. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach przy piłkarzu znaleźli się członkowie sztabu medycznego Benfiki. U Węgra stwierdzono zatrzymanie akcji serca. Na boisko wjechał ambulans, którym zawodnik został przetransportowany do szpitala. Niestety, nie udało się go uratować. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci była, wywołana wadą genetyczną, arytmia serca. Miklos Feher miał 25 lat.

W 2007 roku Hiszpania okryła się żałobą po tym, jak na boisku stracił przytomność skrzydłowy Sevilli Antonio Puerta. Piłkarz co prawda odzyskał świadomość i o własnych siłach zszedł z placu gry, ale w szatni ponownie zemdlał. Cztery dni walczył o życie w szpitalu. Przegrał. Miał zaledwie 22 lata, a dwa miesiące po śmierci urodził mu się syn. Jako przyczynę zgonu podano problemy kardiologiczne.

Kostucha wyciągała łapy po piłkarzy nie tylko w trakcie meczów. W 2017 roku podczas treningu chińskiego BJ Enterprises w wyniku zawału serca zmarł 31-letni Cheik Tiote z Wybrzeża Kości Słoniowej. A rok później, 4 marca 2018 roku podczas zgrupowania przed meczem ligi włoskiej z Udinese, we śnie w hotelowym łóżku umarł kapitan Fiorentiny Davide Astori. Przyczyną zgonu było zatrzymanie krążenia. Były reprezentant Italii miał 31 lat.

Sport to zdrowie? W świetle opisanych nieszczęść, jakie dotknęły wyczynowych sportowców, to stwierdzenie brzmi jak pusty slogan. Dziś sport na najwyższym poziomie to globalna maszynka do robienia wielkich pieniędzy, w której szafuje się zdrowiem zawodników. Wyczynowcy zbyt często są traktowani przez działaczy i sponsorów jak trybiki, które gdy się zepsują, bez żalu zastępuje się nowymi.

 

Źródło: niezalezna.pl

#Włodzimierz Lubański #Marek Citko #Kira Grunberg

albicla.com@Piotr Dobrowolski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo