Lekarze walczyli o jego życie. Wstrząsająca relacja 36-letniego dziennikarza chorego na Covid-19

Emil Kamiński, 36-letni dziś dziennikarz sportowy - nasz kolega, który na początku istnienia portalu Niezalezna.pl prowadził u nas dział Sport - wyszedł niedawno po parutygodniowym pobycie ze szpitala. Chorował na Covid-19 - i to tak ciężko, że lekarze walczyli o jego życie. Poniżej w całości publikujemy jego wstrząsającą relację, którą umieścił dziś na swoim profilu na Facebooku.

Facebook/Emilio Kamiński

24 dni, trzy i pół tygodnia. Tyle trwał zdecydowanie najtrudniejszy, ale z drugiej strony także bardzo owocny czas w moim ponad 36-letnim życiu. Po 24 dniach opuszczam szpital. Powód pobytu? Oczywiście COVID 19. Na wstępie chciałbym podziękować. Najpierw mojej kochanej żonie - Ani, która dzielnie podnosiła mnie na duchu w najtrudniejszych momentach. Moim dzieciom. Widok wzroku smutnej córki, a także informacje, że syn płakał, bojąc się o moje życie, tylko dodawały mi motywacji do wyzdrowienia, aby wynagrodzić im ten czas rozłąki. Dziękuję moim rodzicom i rodzeństwu, dziękuję personelowi szpitala w Łapach, który toczył trudną walkę o mój powrót do zdrowia. Dziękuję także przyjaciołom z Jagiellonii za olbrzymie wsparcie, za telefony dziesiątki wiadomości. Dziękuję również nie wiem, setkom, tysiącom osób, które w tym trudnym dla mnie czasie modliły się za mnie, trzymały kciuki za powrót do zdrowia. Już to wielokrotnie powtarzałem, Kochani, ale do końca życia pozostanę waszym dłużnikiem. Jestem twardym facetem, ale na samą myśl, że tyle osób za mną prosi, po prostu płakałem. 

Jak to się stało, że tutaj się znalazłem? Dokładnie miesiąc temu zostałem oddelegowany na izolacje 10-dniową. 19.02 miałem już być zdrowy. Wyszło inaczej, ale po kolei.

Pierwsze dni infekcji typowo grypowe objawy ból mięśni lekki kaszel i dość wysoka gorączka. Ogólne zmęczenie, dużo spałem w dzień. Ale było nieźle. Jedyne, co nie dawało spokoju, to fakt, że w ogóle nie działa antybiotyk, który po podaniu 3 dawek ma dać efekty. Ja tych dawek przyjąłem 5 i nic. No ok czas na zmianę. Dostałem kolejny, już dożylnie. Z zastrzeżeniem, że jeżeli nic się nie zmieni, mam szykować się na szpital. Na początku myślałem, jaki absurd. Po co mi szpital. Czuję się nieźle, a że nie idę na antybiotyk. W dniu przyjęcia miałem już temperaturę 39.2, zaczęła mnie męczyć również bezsenność. Pierwsze badanie płuc? Niecałe 10% zajętych płuc i gdyby nie ta męcząca bezsenność i temperatura, byłoby ok. Fajerwerki dopiero miały się zacząć. Następnej nocy, oczywiście bezsennej, zaczynam czuć ból w okolicach górnej części płuc.

Ale myślę że coś mi pewnie z zatok spływa i podrażnia. Zgłaszam lekarzowi badanie EKG pokazuje, że z sercem jest ok. Ale dostaje skierowanie na kolejny komputer płuc.

Dziwna rzecz, ale jeszcze nie znając wyniku, a idąc do toalety, czułem, że jest mi dziwnie słabo, ale wszystko zrzucałem na karb gorączki. Już na badaniu czułem, że będzie źle. Nie byłem w stanie wziąć głębokiego oddechu. Czułem, jakby ktoś mi zabetonował płuca. W końcu przyszedł wynik. W 36 godzin Covid zajął 75 procent płuc. Ja już pod tlenem od tamtej pory, przestałem chodzić. Z każdym dniem czułem się coraz gorzej. Raz musiałem zejść z łóżka, aby schylić się po ładowarkę do telefonu, to myślałem, że zemdleję. To była jakaś masakra. Z dnia na dzień wyniki stawały się coraz gorsze. W niedzielę coraz mniej już informacji do mnie docierało. Po czasie dowiedziałem się, że mam saturację 70%. Zapadła decyzja, mam trafić na Oddział Intensywnej Terapii. Tam wpięto mnie w kilka kabli, wkłuto w żyłę i tętnice udową (przy tej drugiej prób było chyba z 6 czy 7, myślałem że z bólu zrobię pod siebie). Przede wszystkim założono mi maskę, która pompowała do moich płuc 70 litrów tlenu na godzinę. Miała jeden minus, nie mogłem w niej nic mówić. Moja jedyna formą komunikacji że światem było pisanie SMS. Pamiętam, jak rano po przewiezieniu na oddział wpadła anastezjolog, mówiąc, że mam bardzo złe wyniki gazometrii i muszę podpisać zgodę na respirator. Wtedy spanikowałem, zacząłem zastanawiać się, o co chodzi. Pierwszy raz zacząłem bać się o własne życie. W myślach modliłem się, aby to jeszcze nie był koniec, że chcę koniecznie jeszcze zobaczyć moja żonę i dzieci, że chcę jeszcze wrócić do domu. Po czasie dowiedziałem się, że przez jakiś czas byłem pacjentem w najtrudniejszym stanie na całym oddziale. Na szczęście za godzinę ta sama pani doktor wpadła z wynikami porannymi i z szerokim uśmiechem powiedziała, że gazometria znacznie się poprawiła i respirator nie będzie potrzebny. Jeżeli tego dnia ktoś z Was słyszał jakiś huk, to był kamień spadający z mojego serca. Tego samego dnia poprosiłem o księdza, który mnie wyspowiadał (pierwsza w życiu niema spowiedź), udzielił sakramentu namaszczenia oraz udzielił komunii. Od tamtej pory wyniki zaczęła się diametralnie poprawiać. Maskę, którą miałem mieć do piątku, zdjęto mi już we wtorek rano. Znowu mogłem kłapać paszczęką i wierzcie mi, nigdy wcześniej nie byłem tak szczęśliwy, że mogę coś powiedzieć. Okazało się, że płyn z płuc szybko zniknął. Żeby jednak nie było zbyt różowo, na OIT złapałem zakrzepicę żyły udowej. Od wkłucia centralnego. Jak powiedziała doktor, efekt uboczny ratowania życia. Na szczęście opuchlizna powoli schodzi, chociaż przede mną dość żmudny proces wracania do siebie. Po 8 dniach na OIT wróciłem na oddział ogólny. Był to trudny czas, szczególnie psychicznie. Tylko przy mnie bowiem przez niecałe dwa tygodnie wywieziono do domu pogrzebowego ciała dziewięciu osób zmarłych w wyniku Covid lub pocovidowych powikłań. Dlaczego piszę o tym tak szczegółowo? Bo jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma Covid, że to zwykła grypa i chce podobne do moich atrakcje zafundować sobie lub swoim bliskim, to niech nadal tak myśli. Ja od siebie dodam tylko, że największemu wrogowi (chyba takowych nie mam) nie życzę takich przejść. I nie, nie jestem statystą, a Gates nie wpłacił mi kasy na konto.

Co teraz? Odbudowa płuc, czyli minimum 2 mięsiące rehabilitacji. Wyleczenie zakrzepicy, czyli minimum 3 miesiące przyjmowania leków. Za kółko będę mógł wsiąść najwcześniej za 2 miesiące. No trochę to potrwa, ale cieszę się, że żyję. Co mi dał czas spędzony tutaj? Był cenną lekcją cierpliwości, pokory, a także faktu, że w życiu nie jesteśmy zależni tylko od nas. I jeszcze jedno, moi drodzy, cieszcie się swoją codziennością, tym że możecie samodzielnie zrobić sobie śniadanie, pójść na spacer, odprowadzić dziecko do szkoły, dojechać do pracy, pokłócić się z żoną lub szefem. Bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy możecie to stracić.

Tyle ode mnie, trzymajcie się zdrowo i dbajcie o siebie‼️

 

 

Źródło: niezalezna.pl

albicla.com@ Grzegorz Wierzchołowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo