Ponad 700 punktów rankingowych, wygrana impreza w Adelajdzie, czwarta runda Australian Open - spodziewał się pan takiego wejścia w sezon?

Piotr Sierzputowski: Z całego "Australian swing" jestem bardzo zadowolony. Te 700 zdobytych punktów to trochę nawet powyżej moich oczekiwań. Takie wyniki oczywiście cieszą, ale ponieważ działamy raczej długoterminowo, to nie wpływa na sposób, w jaki pracujemy i trenujemy. Iga pokazała się ze świetnej strony, co mam nadzieję pozwoli jej na grę na większym luzie w następnych turniejach.

Czy według pana czwartą rundę w Australian Open także należy traktować w kategorii plusów?

P.S.: Nie mogę powiedzieć złego słowa na to, jak Iga zagrała w Australian Open. Poprawiliśmy potem kilka rzeczy jakościowych i to "kliknęło" w Adelajdzie. Dotarcie do czwartej rundy Wielkiego Szlema trudno nazwać porażką, ale też ogromnym sukcesem. Jednak w takich imprezach rywalizuje 128 najlepszych tenisistek z całego świata, dlatego przetrwać tam pierwszy tydzień - szczególnie na początku sezonu - to dla mnie bardzo dobry wynik i realizacja planu w stu procentach. Niewiele jest zawodniczek, które na każdej nawierzchni są w stanie to robić regularnie w ciągu jednego roku. Iga udowodniła, że jest w stanie to osiągnąć.

Jakie były pańskie spostrzeżenia lub lekcje na przyszłość po trzecim już - i znów bardzo innym od poprzednich - starciu z Simoną Halep, która wyeliminowała Igę w Melbourne?

P.S.: Rzecz jasna wyciągnęliśmy wnioski, ale zostawiamy je dla siebie. Żaden trener nie zdradzi odpowiedzi na takie pytanie. Ale mogę powiedzieć, co poszło nie tak - taktycznie Iga poszła w złą stronę, a to odbiło się na jakości. Można to zwalić na szkoleniowca, bo jakość jest tym, nad czym pracujemy na treningach.

Po kapitalnym występie w Adelajdzie komentatorzy z całego świata rozpływali się w pochwałach pod adresem Igi. Ona jednak w swoich wypowiedziach tonowała nastroje. Dlaczego?

P.S.:. Takie wypowiedzi ekspertów to coś normalnego. Ale my wiemy, że wpadanie w hurraoptymizm może się skończyć zderzeniem ze ścianą. Tak samo jeśli człowiek będzie się dołował, to może wpaść w depresję i wtedy też nie będzie kolorowo. My jako naród mamy tendencję do tego, aby wyskakiwać dużo powyżej lub spadać głęboko poniżej średniej. Dlaczego jednak nie czerpać przyjemności z małych rzeczy, cieszyć się z niewielkich sukcesów i odpowiednio przeżywać mniejsze porażki? Czy Rafael Nadal przez tydzień opłakuje przegrany mecz? Nikt nie wiesza na nim psów, bo każdy wie, że jest zawodnikiem najwyższej półki, ale zdarzają się porażki. To coś normalnego. Natomiast jeśli Rafa wygrywa, to sztab świętuje i każdy się cieszy, ale również bez szaleństwa. Taki sposób na życie jest naprawdę fajny, bo nie powoduje wahań nastrojów. To jest ważny element naszej pracy i do tego dążymy.

Pojawiły się głosy, że Iga i Naomi Osaka zdominują kobiecy tenis w najbliższej dekadzie. To ciekawa prognoza, ale jak pan się zapatruje na takie opinie?

P.S.: Trzeba przyznać, że Naomi na nawierzchni twardej odskoczyła od reszty stawki, Chylę czoła przed nią i jej sztabem, bo wykonują świetną robotę. Ale uważam, że jest kilka dziewczyn, które mimo słabszej jakości i braku intuicyjnej gry, z której słynie Japonka, są w stanie - przy odpowiedniej dyspozycji dnia i przygotowanej głowie - z nią wygrać. Widać jednak, że zwyciężanie zaczęło Naomi sprawiać przyjemność, bo po dwóch pierwszych triumfach w Szlemach miałem wrażenie, że trochę przycichła i jakby szukała swojej drogi. Być może właśnie ją odnalazła, co sprawi, że będzie dobrze grać przez następne lata. Iga natomiast ma wszelkie narzędzia, żeby móc się "tłuc" z dziewczynami z czołówki. Moje prywatne zdanie jest takie, że w najbliższych latach powstanie "grupa trzymająca władzę". Będzie to kilka dziewczyn, jak wyśmienicie grająca Jennifer Brady czy Karolina Muchova, które zadomowią się w czołowej dziesiątce i będą między sobą wymieniać się tytułami. Naszym zadaniem jest, aby do tej grupy dołączyła Iga.

Jest Pan z Igą od 2016 roku. Czy wówczas myślał pan, że w ciągu niespełna pięciu lat będziecie mieli na koncie triumf w Wielkim Szlema i czołową "15" świata?

P.S.: Tak, jestem od początku i od początku - choć nieco z tyłu głowy - zawsze czułem, że Iga może osiągać wielkie rzeczy. Natomiast według mojego planu to nie miało nastąpić tak szybko. Mogę troszkę uchylić rąbka tajemnicy, że w zeszłym roku mieliśmy cel, żeby Iga załapała się na jakiegoś małego mastersa, czyli doszła właśnie do najlepszej "16" na świecie. To, że wygrywa wielkie turnieje już teraz pokazuje, że przy odpowiednim planowaniu może być w stanie takie wyniki powtarzać. Choć niekoniecznie od razu.

W lecie igrzyska w Tokio. Marzy się wam medal olimpijski?

P.S.: Oczywiście! Któż nie chciałby zdobyć medalu olimpijskiego? Choć ta impreza jest troszeczkę przyćmiona przez Wielkie Szlemy, które gramy co roku, to każdy, kto chce w jakiś sposób zapisać się na kartach historii tenisa, walczy o ten medal. Jest to taki Święty Graal, bo można go zdobyć tylko raz na cztery lata. Właśnie dlatego wydaje się dużo bardziej prestiżowy niż każdy ze Szlemów pomimo tego, iż np. finansowo tak naprawdę bycie medalistą olimpijskim nie ma żadnego przełożenia na karierę. To taki fajny, dodatkowy bonus.