Piotr Dobrowolski, niezalezna.pl: Jak wyglądała odprawa przed meczem z Anglią (1:1) na Wembley w 1973 roku?

Grzegorz Lato: Trener był spokojny. Powiedział nam, że Anglicy to tacy sami ludzie i piłkarze jak my. Mieliśmy wyjść na boisko i robić swoje. Pan Górski zaznaczył, że to rywale mają się do nas dostosować, a nie odwrotnie. I zagraliśmy bez strachu! To był klucz do historycznego, jak się okazało, remisu. Przed wylotem na Wyspy, zmierzyliśmy się na wyjeździe w sparingu z Holandią. Było 1:1. W tym samym czasie Anglia, również w meczu towarzyskim, rozgromiła Austrię 7:0. Na konferencji po spotkaniu, trener Holendrów, bodaj Rinus Michels, powiedział, żeby Anglicy byli ostrożni i nie dopisywali sobie przedwcześnie punktów za pokonanie Polski, bo Polacy to niezwykle groźny zespół. Wyspiarze chyba nie wzięli tych słów na poważnie, bo nas zlekceważyli. A Pan Kazimierz w swojej taktyce to przewidział i wykorzystał.

Mecz reprezentacji pod wodzą Kazimierza Górskiego, który szczególnie pan zapamiętał?

Wiadomo, Wembley, ale również każde spotkanie mundialu 1974. Kluczowe były zwycięstwa w grupie: 3:2 z Argentyną i 2:1 z Włochami. Te wygrane pozwoliły nam uwierzyć, że możemy wszystko. Euforia była tak wielka, że Pan Górski momentami musiał stopować nasze emocje.

Jakim człowiekiem był Kazimierz Górski?

Miał szacunek u zawodników, a dla mnie był jak ojciec. Śmieję się, że opatentował mnie jako napastnika. Pamiętam, jak jeszcze będąc trenerem młodzieżówki, Pan Kazimierz przyjechał do Mielca. Wygraliśmy po moich trafieniach 2:0 z Wałbrzychem. Kiedy wychodziłem z szatni, Pan Górski czekał na mnie z jednym z działaczy Stali. „Panie kolego, widzimy się za tydzień w Łodzi” - powiedział tylko i dostałem powołanie na mecz z Danią. Trener w każdej sytuacji był sobą. To był mądry człowiek. Potrafił wysłuchać wiecznie spierających się asystentów – Jacka Gmocha i Andrzeja Strejlaua i z ich podpowiedzi wyciągnąć trafne wnioski. Poza tym był świetnym psychologiem. Jak trzeba było, stawiał piłkarza na baczność pod ścianą i opierdzielał aż huczało. Ale nie był mściwy i tego, który podpadł, nie karał odsunięciem od meczu. Zresztą, nie należał do ludzi, którzy tylko z zemsty osłabiliby skład. Wiedział, że uderzyłoby to przede wszystkim w niego, jako trenera. Był odważny. Kiedy z młodzieżówki przeszedł do pierwszej reprezentacji, to zabrał do kadry dziewięćdziesiąt procent składu z poprzedniej drużyny. Płynnie przeprowadził zmianę pokoleniową w drużynie narodowej. Przyszedłem ja, Andrzej Szarmach, Janek Tomaszewski, Jurek Gorgoń, Mirek Bulzacki, Antek Szymanowski, Adam Musiał, Lesław Ćmikiewicz i Kazek Kmiecik. Nie bał się postawić na mnie 22-letniego młokosa. Już jako króla strzelców ligi, ściągnął mnie w awaryjnym trybie do Warny na towarzyski mecz z bardzo mocną Bułgarią. Wygraliśmy 2:0, a ja zdobyłem obie bramki.

Pana koledzy z tamtej wielkiej reprezentacji opowiadają, że miał oryginalne podejście do futbolu.

Jego filozofia była prosta, bo piłka to prosta gra. Powtarzał nam, że jeśli drużyna odda „X” strzałów, to zdobędzie „X” goli. Zachęcał, żebyśmy na boisku szukali swoich rozwiązań, improwizowali. Mówił, że trzeba grać podaniami, że przeciwnik się zmęczy, jeśli będzie musiał biegać za futbolówką. Potrafił jednym trafnym zdaniem ostudzić zapał i dziwne pomysły swoich podopiecznych. Któregoś razu Jacek Gmoch wpadł na pomysł, żebym grał na prawej obronie i z tej strony boiska wychodził do przodu, zwiększając tym samym naszą przewagę liczebną w ataku. Pan Górski popatrzył na Gmocha uważnie, chwilę pomilczał, aż wreszcie powiedział: - „Jacuś, jeśli Grzesiek zagra w obronie, to kto będzie bramki strzelał?”. I było po dyskusji. Myślę, że właśnie Jacek Gmoch najwięcej skorzystał na współpracy z Górskim. Nauczył się od niego tak wiele, że potem sam był świetnym szkoleniowcem. Doprowadził Polskę do piątego miejsca na świecie na mistrzostwach w Argentynie. Wtedy ten wynik uznano za porażkę, ale jestem pewien, że gdyby dziś Biało – Czerwoni wywalczyli piątą lokatę na mundialu, to trenera i piłkarzy noszono by na rękach. Nie będzie przesady, jeśli powiem, że pan Górski był wizjonerem, który wyprzedził swoje czasy. Otworzył polskiej piłce drzwi na świat.


Pochodzący ze Lwowa Kazimierz Górski z charakterystycznym „miękkim” akcentem i ze swadą, z kamienną twarzą wygłaszał życiowe mądrości. Choć, jak twierdzą jego współpracownicy”, trener miał do swoich powiedzonek duży dystans, a nawet w prywatnym gronie sam się z ich śmiał, to publicznie wygłaszał swoje tezy z niezwykle poważną miną. Oto najbardziej znane przykłady oratorskiej twórczości Pana Kazimierza.

  • Chodzi o to, żeby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika

  • Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje

  • Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe

  • Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już nie jest szczęście

  • Panie kolego, Pan jest potrzebny nie do gry, tylko do fotografii (do Jana Tomaszewskiego)

  • Piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Albo my wygramy, albo oni.

  • Piłka to gra prosta. Nie potrzeba do niej filozofii.

  • Mi si wydaje, że wygra drużyna, która strzeli dziś więcej bramek

  • Mi si wydaje, że oni powinni strzelić bramkę

  • Według moich obliczeń, jeżeli oni po przerwie nie strzelą drugiej bramki, to bardzo trudno będzie im strzelić trzecią.

  • Panie kolego, a kiedy Pan ostatnio strzelił bramkę dla reprezentacji? (jako prezes PZPN do Romana Koseckiego, ówczesnego kapitana kadry).