W niedzielę, w przeddzień przewrotu wojskowego z 1 lutego, wojsko ustawiło posterunki na rogatkach Naypyidaw. W Birmie, to nic nowego. Instalacje wojskowe i koszary ciągną się kilometrami wzdłuż głównych dróg. Posterunek jest elementem krajobrazu. Tatmadaw, birmańska armia, jest wszędzie.

W stolicy Birmy posłowie wybrani do nowego parlamentu mieli przygotowywać się do zaprzysiężenia. Za kulisami trwały jeszcze gorączkowe negocjacje, lecz generał Ming Aung Hlaing miał już gotowy plan na wypadek, gdyby liderka zwycięskiej partii Aung San Suu Kyi nie zgodziła się na śledztwo wyborcze.

Naypyidaw miał stać się dla niej więzieniem. Takim zaplanował stolicę Than Shwe, poprzednik gen. Hlainga. To generał Shwe przeniósł stolicę z portowego, wiecznie zatłoczonego Rangunu, niemal 300 km na północ, w sam środek dżungli i centrum kraju.

Generał zaprojektował miasto jak rasowy dyktator. Ministerstwa, parlament, dzielnica mieszkalna, dyplomatyczna i hotelowa dzielą kilometry pustki, a łączą kilkupasmowe, równe jak stół drogi. Dzielnica wojskowa, serce Tatmadaw, gdzie mieszka generalicja i ich rodziny znajduje się 11 km na wschód od innych stref miasta. Odległość zapewnia dyskrecję i ochronę przed protestującymi.

Zresztą demonstranci w Naypyidaw mają wielki problem - gdzie protestować? W stolicy nie ma głównego placu, wyraźnego centrum, jak w normalnych miastach. Gdy w Rangunie przeciw reżimowi wojskowemu na ulice wyszło kilkadziesiąt, może sto tysięcy ludzi, w demonstracji w Naypyidaw według relacji pracowników ONZ pojawiło się ledwie tysiąc osób.

9 lutego wśród tysiąca demonstrantów jest Mya Thwe Khine. Na nagraniu 20-letnia kobieta, w czerwonej koszulce i kasku pada pod strumieniem z armatki wodnej. Zaraz słychać trzask i osuwa się na ziemię. Mya Thwe Khine ginie od strzału w głowę.

„To nie ma sensu” - mówi córka oficera Tatmadaw, do której dotarł PAP. „Ten cały przewrót wojskowy nie ma sensu ani politycznego, ani ekonomicznego” - powtarza, dodając, że być może izolacja armii od społeczeństwa jest przyczyną „nieporozumień”.

W przemówieniu telewizyjnym generał Hlaing mówi zdumionemu narodowi, że armia interweniuje w obronie demokracji. Popierana przez wojsko Unia Solidarności i Rozwoju (USDP) zdobywa zaledwie 6,9 proc. miejsc w parlamencie - Narodowa Liga dla Demokracji (NLD) Aung San Suu Kyi miażdży rywala.

Arthur Swan Ye Tun z singapurskiej politechniki Nanyang, gdzie specjalizuje się w strategii i historii wojskowości, uważa, że tak duże zwycięstwo Aung San Suu Kyi mogło stworzyć wewnętrzną opozycję w armii. Zamach może być okazją do uciszenia opozycji wewnątrz samego Tatmadaw.

Wspierana przez armię USDP straciła głosy w okręgach wojskowych, co może oznaczać, że żołnierze lub ich rodziny głosujące anonimowo mogły wybrać partię Aung San Suu Kyi. Demokratyczna liderka jest przecież córką założyciela armii Aung Sana i, ryzykując międzynarodową reputacją, broniła działania armii przed haskim trybunałem, gdzie oskarżono Tatmadaw o czystki etniczne na mniejszości muzułmańskiej Rohingja.

„Nikt nie rozumie logiki zamachu, armia ma i tak zapewnione 25 proc. miejsc w parlamencie oraz ministerstwa siłowe” - mówi PAP Soe Naing, biznesmen z Rangunu. „Armii dobrze się żyło, przecież mają ogromne dochody w biznesie” - dodaje.

- Tatmadaw zachował znaczący udział w ekonomii przez sieć powiązanych ekonomicznie przedsiębiorstw, które korzystały na transformacji do na wpół demokratycznego systemu i towarzyszących im reform ekonomicznych

- pisze w specjalistycznym portalu „The Diplomat” Arthur Swan Ye Tun.

Swan Ye Tun uważa, że wraz z przewrotem, armia nie tylko zraziła do siebie społeczeństwo, ale jej personel wojskowy stracił korzyści związane z transformacją. Przez ostatnią dekadę oficerowie i ich rodziny mogły podróżować na Zachód, a dzieci studiować m.in. w USA. W kwietniu 2017 r. gen. Hlaing wraz żoną i świtą oficerów wybrał się do Europy. W Austrii przyjęto delegację z honorami wojskowymi, a uroczystą kolacją podjął go szef austriackiej armii. Generał odwiedził również Niemcy i Włochy, gdzie oglądał sprzęt wojskowy.

We wrześniu 2020 r. organizacja Amnesty International dotarła do dokumentów przedstawiających zyski jakie Tatmadaw uzyskiwał z holdingów Myanmar Economic Cooperation (MEC) i Myanmar Economic Holdings Limited (MEHL). Oba koncerny działają w przemyśle wydobywczym, bankowym, piwowarskim, tytoniowym i odzieżowym. Jedną trzecią udziałów w MEHL posiadają jednostki wojskowe, a reszta należy do emerytowanych oficerów. Między 1990 i 2011 r. holding wypłacił dywidendy o wartości 18 mld USD, z czego 16 mld USD trafiło do jednostek wojskowych.

Według Richarda S. Ehrlicha, amerykańskiego korespondenta pracującego w regionie od 1978 r., gen. Hlaing przeprowadził zamach, by chronić finansowe interesy swojej rodziny i współtowarzyszy broni.

- Ma nadzieję ochronić się przed potencjalnym śledztwem w sprawie umów biznesowych i holdingów

- pisze w „Asia Times”.

Amnesty International i zespołu ekspertów ONZ ustalili, że holding MEHL chętnie wchodził w spółki z lokalnymi i zagranicznymi firmami. Wśród nich są m.in. japońska firma piwowarska Kirin, Suzuki Motors, koreański producent stali POSCO, produkująca odzież Pan-Pacific i grupa deweloperska INNO. Spółki joint-venture z państwowymi podmiotami ma m.in. francuski Total, tajska Amata, która zajmuje się rozwojem terenów przemysłowych oraz australijski Woodside Energy.

Po lutowym zamachu w obawie o nałożenie sankcji na firmy współpracujące z Tatmadaw, z Birmy wycofuje się Kirin, tajska Amata, a produkcję w fabrykach zawiesza Suzuki Motors.

Birmański akademik i analityk spraw międzynarodowych piszący we “Frontier Myanmar” pod pseudonimem Su Min Naing, uważa, że jeśli armia przyjmie twardą postawę, to kraj czeka zapaść gospodarcza. Bojkot i sankcje gospodarcze oraz ucieczka zagranicznych inwestorów pogłębi kryzys.

Takich planów nie ma chińskie Wanbao Mining, które buduje kopalnię miedzi w centralnej Birmie, ani indyjski Infosys i Adani Group. Jak na razie z kontraktów nie zamierzają rezygnować również trzy indyjskie, państwowe firmy, które budują lub naprawiają dla Tatmadaw torpedy, helikoptery i łodzie podwodne.

Zdaniem Su Min Nainga inwestycje przyjaznych krajów, ignorujących światowe sankcje, nie uratują jednak gospodarki kraju.

- Racjonalnie nie ma długoterminowych zysków kontynuowania ścieżki wyznaczonej przez szefa armii. Czas usiąść do stołu

- ocenia.