W Sudanie Południowym, państwie wielkości Francji, jest nieco ponad 300 km dróg asfaltowych, brakuje infrastruktury, gospodarka jest bardzo słabo rozwinięta, prawie nie funkcjonuje przemysł, a rolnictwo, jeśli jest prowadzone, to na drobną skalę. Żywność sprowadza się z Ugandy lub innych krajów ościennych. Większość ludności nie ma stałego zatrudnienia. Na żywność mieszkańcy wydają ponad 80 proc.  domowego budżetu. Dlatego każdy skok cen powoduje, że ludzi na jedzenie po prostu nie stać - nie mówiąc już o lekarzu czy szkole. Problemów jest wiele, a pomoc bardzo cenna. Są jednak w Sudanie Południowym takie miejsca, do których nie ma dostępu ani drogą lądową, ani powietrzną.

Nie ma środków, aby pomóc wszystkim

Dotrzeć w takie miejsca można jedynie przedzierając się na piechotę, po kilku dniach marszu. Niezwykle trudno jest tam dostarczyć pomoc. Stosuje się wtedy np. metodę zrzutów żywności z samolotów, co robi Światowy Program Żywnościowy (WFP)

- mówi nam Magdalena Kuśka, koordynatorka misji PAH w Sudanie Południowym

W innych miejscach powodzie odizolowały całe miejscowości, przez co dostęp stał się tam szczególnie trudny. My korzystamy m.in. z łodzi, aby wesprzeć otoczone wodą Akobo, gdzie dostarczamy nasiona, sprzęt rolniczy i do łowienia ryb, razem z oenzetowskim biurem koordynującym pomoc humanitarną OCHA. Dzięki temu nie przerwaliśmy naszych dotychczasowych działań, a nawet, dzięki wsparciu Polaków, mogliśmy je wzmocnić

- przyznaje nasza rozmówczyni.

Jak dodaje, są też jednak miejsca, do których dostęp jest, ale nie wystarcza funduszy na to, aby taką pomoc zapewnić.

Poszczególne lokalizacje są kategoryzowane ze względu na wagę zagrożeń dla ludności. Do tych najbardziej potrzebujących pomoc wysyłana jest w pierwszej kolejności, co nie oznacza, że inne lokalizacje pomocy nie potrzebują. Niestety nie ma wystarczających środków, aby pomóc wszystkim. A na mapie Sudanu Południowego nie ma miejsca, w którym dostęp do żywności nie stanowiłby problemu

- podkreśla.

System edukacji niemal nie istnieje

Problemy, które dotykają najmłodszych silnie rzutują na rozwój całego kraju. Dzieci i młodzież to aż 40 procent tego młodego społeczeństwa.

W obecnej sytuacji szkoły są zamknięte już od kwietnia 2020 r. Nie ma komputerów, nie ma prądu, nie ma zajęć, nie ma wsparcia dla nauczycieli. To prawdziwa katastrofa dla edukacji w tym najmłodszym państwie świata. Szkoły, jeśli istnieją w danym regionie, to niemal wyłącznie na poziomie podstawowym. Niewiele jest placówek uczących na wyższym poziomie, choć się zdarzają, jak wspierana przez naszych partnerów biznesowych Green Belt Academy, lub szkoła zawodowa Don Bosco, której przekazaliśmy stare samochody, aby uczniowie mogli uczyć się naprawy na „żywym organizmie”. Niestety od lutego 2020 r. zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo 430 szkół w 9 stanach, między innymi ze względu na powodzie. Także w wielu przypadkach to w szkołach zatrzymały się osoby, które musiały porzucić swój dom na zalanych terenach

- mówi Magdalena Kuśka.

W dużej części kraju dzieci do szkoły nie chodzą, bo albo jej nie ma, albo muszą pomagać w domu.

Dziewczynki chodzą po wodę, często nawet kilka kilometrów dziennie, zbierają drewno, pomagają na roli lub opiekują się młodszym rodzeństwem. Czasem szkoła jest za daleko położona, a droga nie jest bezpieczna dla dziewcząt, zwłaszcza po zmroku. Szacuje się więc, że 3,4 mln dzieci w wieku szkolnym, z czego połowa to dziewczynki, nie ma odpowiedniego dostępu do edukacji

- dodała nasza rozmówczyni.

Działania Polskiej Akcji Humanitarnej, zwiększające bezpieczeństwo żywnościowe w Sudanie Południowym, można wspierać na https://www.pah.org.pl/sos-glod/


Obszerny wywiad z Magdaleną Kuśką z PAH na temat trudnej sytuacji w Sudanie Południowym w weekendowym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie".