Amerykańska nowa jakość i kontynuacja

  

Minął już miesiąc i tydzień urzędowania Josepha Robinette’a Bidena jako 46. prezydenta w dziejach Ameryki. W polityce zagranicznej USA dzieje się dokładnie to, co przewidywałem także na łamach „Codziennej” („USA–UE–RFN–Polska: gra 2.0” z 13 lutego, „Prezydent Biden i nowa polityka międzynarodowa” z 28 stycznia, „Biden – prezydent pionier” z 23 stycznia, „Polska–USA: bez zmian” z 9 stycznia). Biały Dom, zgodnie z moimi prognozami, podtrzymuje sceptyczną politykę wobec Rosji i Chin.

W przypadku Państwa Środka można się spodziewać nie tyle zmiany treści, ile zmiany formy: zapewne retoryka Bidena będzie nieco bardziej powściągliwa niż Trumpa, który „jechał po bandzie”, a zaostrzanie napięć z Chinami służyło mu do permanentnej wewnętrznej kampanii wyborczej (co samo w sobie grzechem nie jest). Nowy prezydent określił Rosję i Chiny jako „kraje, które atakują demokrację i jedność Zachodu”.

Metoda Trumpa czy metoda Bidena?

Jednocześnie przy utrzymaniu kursu wobec Moskwy i Pekinu nastąpiła zmiana kursu wobec Unii Europejskiej i Iranu. Deklaracja Bidena o zbliżeniu z UE ma miejsce w tym samym czasie, kiedy strona amerykańska podkreśliła gotowość większego zaangażowania się w Organizację Paktu Północnoatlantyckiego. Biden jednym tchem wymienia UE i NATO. Gdy chodzi o pakt, to w praktyce domaga się tego, co jego republikański poprzednik – czyli zwiększenia wydatków na obronność przez członków NATO ze Starego Kontynentu. Towarzyszy temu jednak inna retoryka. Nie tyle stawianie sojuszników do kąta i okazywanie, jak bardzo oszczędzają na wydatkach na obronność, co skądinąd było absolutną oczywistością, ile raczej pokazywanie wspólnoty losów i działań.

Jest za wcześnie, by oceniać, która z tych metod będzie skuteczniejsza. Metoda Trumpa przyniosła zwiększenie wydatków Niemiec w sferze polityki obronnej o ponad 0,1 proc. PKB. Czy metoda Bidena okaże się w praktyce skuteczniejsza? Czas pokaże. Oczywiście i europejscy członkowie NATO, i Biden post factum mogą wskazywać, że walka z pandemią pochłania tak duże środki i jest priorytetem numer jeden, co oznacza, że wzrost wydatków na obronność z definicji powinien być zamrożony.

Co do Iranu, to odejście od twardej linii jastrzębi typu John Bolton, były doradca Trumpa i były ambasador USA przy ONZ, nie dziwi: Biały Dom nikogo tym nie zaskoczył. Przy okazji za jednym zamachem ocieplił relacje z Unią Europejską, rzucając szefowi unijnej dyplomacji, Hiszpanowi Josepowi Borrellowi, swoiste koło ratunkowe po jego katastrofalnej w skutkach wizycie w Moskwie – bo to formalnie Borrell ma być gospodarzem transatlantyckiej konferencji na ten temat. Prezydent USA przyjął zaproszenie unijnego wysokiego przedstawiciela do spraw polityki zagranicznej i bezpieczeństwa na konferencję w starym formacie, który doprowadził do porozumienia z Teheranem. Konferencja ta odbędzie się w składzie: USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Rosja, UE, Iran. Z góry można przewidzieć jej skutek: powrót do zanegowanego przez Trumpa nuklearnego appeasementu.

Polityka imigracyjna prezentem dla republikanów?

Pierwsze bilateralne spotkanie – oczywiście online – prezydenta Bidena to rozmowa z bliskim mu ideowo, choć będącym z zupełnie innego pokolenia, premierem Kanady Justinem Trudeau. To dość oczywisty ruch. Pierwsze wystąpienie publiczne w ogóle to udział w zdalnej, ale niezmiennie prestiżowej konferencji na temat bezpieczeństwa w Monachium.

Jednak o ile potwierdziły się moje przewidywania związane z kontynuacją (lub odwrotem od) kluczowych azymutów w amerykańskiej polityce zagranicznej, o tyle może zaskakiwać jak dotąd słaba aktywność Białego Domu w zakresie polityki międzynarodowej. Prezydent Biden nie jest nadmiernie „energetyczną” głową amerykańskiego państwa, wiceprezydent Kamala Harris nie tylko się na polityce zewnętrznej nie zna, lecz także się nią kompletnie nie interesuje. Oczywiście można od biedy tłumaczyć pewną powolność amerykańskiego transatlantyku na wodach polityki międzynarodowej tym, że bezsprzecznym priorytetem w pierwszych pięciu tygodniach urzędowania demokratów w Białym Domu jest polityka wewnętrzna.

O ile w polityce zagranicznej możemy mówić o pewnej kontynuacji strategii Trumpa, gdy chodzi o kilka kluczowych kierunków (z Rosją i Chinami na czele), o tyle w polityce stricte wewnętrznej nowa administracja robi wszystko, aby nieraz w przesadny sposób zademonstrować „nową jakość” i spektakularnie dokonuje zmian. Skutki tej polityki ocenimy po pewnym czasie.

Niektóre ze zmian w polityce wewnętrznej mogą również w jakiejś mierze rzutować na relacje zewnętrzne. Na przykład rezygnacja z polityki imigracyjnej Trumpa na pewno będzie służyła polepszeniu relacji na linii USA–Meksyk czy szerzej: państwa Ameryki Środkowej. Nie przypadkiem jednak akurat ta sprawa może się stać głównym paliwem dla republikanów w najbliższych miesiącach. Akurat kontrowersje dotyczące imigrantów to wspólny transatlantycki mianownik: emocje z tym związane są istotnym elementem polityki i w Europie, i za wielką wodą.

Trump na CPAC przemawia jako pierwszy

Nic dziwnego, że to właśnie stało się osią przemówienia Trumpa, który dziś, w czwartek, będzie przemawiał jako pierwszy na tradycyjnej corocznej konferencji prawego skrzydła Partii Republikańskiej – Conservative Political Action Conference (CPAC). Trump nie musiał długo szukać tego, co połączy wyborców Partii Republikańskiej, a zwłaszcza tego, co zapewni mu aplauz i poparcie jej prawego skrzydła. Wiele razy bywałem na tych konferencjach, które w ostatnich latach cyklicznie odbywały się w wielkim kompleksie hotelowym w stanie Maryland kilkadziesiąt minut drogi samochodem od Waszyngtonu.

CPAC to dla mnie ilustracja powiedzenia, że fortuna kołem się toczy. Pamiętam rok 2015, gdy kandydat Donald John Trump jako jedyny z bardziej znanych kandydatów na prezydenta w republikańskich prawyborach w ogóle nie pojawił się w Marylandzie. I słusznie, bo miał tam zostać… wygwizdany i wybuczany! Dopiero parę miesięcy potem nastąpiły primary election (prawybory) w poszczególnych stanach i oto okazało się, że Trump bierze niemal wszystko, a opór stawia mu największa gwiazda konferencji CPAC, jeden z najbardziej prawicowych kongresmenów, Ted Cruz ze stanu Teksas, który zasłynął kilkunastogodzinnym przemówieniem w Senacie USA (w zamyśle chodziło o obstrukcję wobec inicjatyw demokratycznej większości). Ale pamiętam też CPAC z 2017 r. i entuzjazm po wystąpieniu najpierw wiceprezydenta Michaela Richarda Pence’a, a później samego Trumpa.

Trump zatem wraca na Conservative Political Action Conference jako były prezydent, ale w odróżnieniu od sytuacji sprzed sześciu lat będzie bardzo dobrze przyjęty.

Jak to się wszystko zmienia! Na ostatniej konwencji prawyborczej republikanów przed triumfem Trumpa, w lipcu 2016 r. w Ohio w Cleveland, delegaci – przeciwnicy Trumpa – protestowali przeciwko niemu, usiłując przerwać jego wystąpienie. Olbrzymia większość zgromadzonych zagłuszyła ich, skandując: „Ju-es-ej, ju-es-ej” („USA, USA”). Teraz też będzie skandowanie „Ju-es-ej”. Ale czy będzie też ten entuzjazm co pięć lat temu?


Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts