Do katastrofy miało dojść około 1 w nocy. Śmigłowcem podróżowali  80-letni Karol Kania, 54-letni pilot oraz 47-letnia kobieta i 54-letni mężczyzna.

Z niewiadomych przyczyn lecący w gęstej mgle śmigłowiec rozbił się w okolicy rzeki Dokawy. Maszyną podróżowały cztery osoby. Dwóch mężczyzn, którzy siedzieli na przednich siedzeniach - zginęło.

Dwoje rannych zdołało się wydostać z wraku. Kobietę przewieziono do Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej, a mężczyznę do Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach-Ochojcu. Jak przekazały te placówki, mimo złamań i licznych potłuczeń stan tych osób jest stabilny, są przytomne, a ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Służby zostały zaalarmowane po północy.

Rozdzwonili się mieszkańcy, którzy widzieli helikopter krążący nad lasem a później huk, hałas. Na miejsce udały się jednostki straży. Mieszkańcy pomogli dotrzeć do miejsca, w którym zdarzył się wypadek. Było to niezwykle trudne. Helikopter rozbił się w terenie leśnym, podmokłym, panowała gęsta mgła. Na miejscu we wraku helikoptera znajdowało się dwóch mężczyzn bez oznak życia. Dwie osoby ranne

– mówił Mateusz Caputa, rzecznik straży pożarnej w Pszczynie.

Jak podaje „Wyborcza” Kania najprawdopodobniej podróżował z Mazur do domu.

Według dotychczasowych informacji, do wypadku miało dojść podczas podchodzenia helikoptera do lądowania. Śmigłowiec miał zahaczyć o wierzchołek drzewa. Maszyna spadła w trudno dostępnym, zalesionym i podmokłym terenie, co utrudniało akcję ratowniczą, podobnie jak gęsta mgła.

Przyczyny i okoliczności wypadku bada Prokuratura Rejonowa w Pszczynie oraz Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych.