- W Rosji jest 5 tys., może 10 tys. przedstawicieli elit biznesowych i politycznych, na których trzyma się reżim Putina. Jeśli setka najbardziej widocznych spośród nich utraci dostęp do swych aktywów, nieruchomości na Zachodzie, a ich rodziny nie będą mogły tam wyjechać, to ci ludzie zastanowią się, czy warto tak aktywnie wspierać reżim w Rosji

 – powiedział w telewizji Dożdż dyrektor wykonawczy Fundacji Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego Władimir Aszurkow.

Jednak, jak wskazał, "chodzą słuchy, że nowe sankcje dotyczyć urzędników państwowych, a nie biznesmenów i oligarchów".

Jutro w Brukseli planowane jest spotkanie ministrów spraw zagranicznych Unii Europejskiej, którzy mają podjąć decyzję w sprawie nowych sankcji wobec Rosji.

Latem ubiegłego roku opozycyjny polityk Aleksiej Nawalny został otruty bojowym środkiem chemicznym z grupy Nowiczoków (taki wniosek na podstawie badań wyciągnęli niemieccy eksperci) i cudem uniknął śmierci. Nawalny w śpiączce farmakologicznej został wywieziony do Berlina, gdzie następnie przez kilka miesięcy odbywał rehabilitację. Po powrocie do Rosji w styczniu został aresztowany, a 2 lutego sąd "odwiesił" jego dawny wyrok z 2014 r.

Wczoraj sąd odrzucił apelację polityka w tej sprawie – ma on na 2,5 roku trafić do łagru, do którego może być wywieziony już po weekendzie. Dodatkowo sąd w Moskwie skazał Nawalnego na grzywnę w wysokości 850 tys. rubli (ponad 11,4 tys. USD), uznając go za winnego zniesławienia kombatanta II wojny światowej Ignata Artiemienki.

Unia Europejska ponowiła apel do władz Rosji o niezwłoczne uwolnienie Aleksieja Nawalnego powołując się na wcześniejszą decyzję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który zakwestionował wyrok wydany w jego sprawie. W październiku br. UE nałożyła już sankcje na sześciu rosyjskich urzędników, ponieważ jej zdaniem otrucie Nawalnego nie mogło mieć miejsca bez wiedzy i zgody rosyjskich organów państwowych.