Mawia się, że parówki i polityka mają tę cechę wspólną, że lepiej nie wiedzieć, jak się je robi. W filmie „Lincoln” Stevena Spielberga polityczną kuchnię ogląda się jednak z dużą satysfakcją. I nie jest to jedynie zasługa Stevena Spielberga, ale przede wszystkim głównego bohatera. Człowieka godnego prezydenckiego urzędu.

Film „Popiełuszko: Wolność jest w nas” podobał się, bo Rafał Wieczyński daleki jest od relatywizmu. Dobre jest dobre. Złe złe. Zasada niby prosta, a tak unikana przez filmowców. Gdyby Wojciech Smarzowski zrobił film o Lincolnie, zapewne prezydent skrywał by jakąś ciemną tajemnicę determinującą jego z pozoru uczciwe działania.

Tymczasem „Lincoln” to opowieść o niemożliwej walce prezydenta USA o godność człowieka. Żeby ją osiągnąć należy przekonać radykalnych przeciwników poprawki do konstytucji, która znosi niewolnictwo. Cel uświęca środki. Narzędzia do ich przekonania nie zawsze są uczciwe. Ale walka o wolność nie zna tu ceny. Zachwycająca inteligencja i dykteryjki Abrahama Lincolna sprawiają, że dwu i pół godzinny film ogląda się bez nudy. Piękne, choć nieco patetyczne dialogi chciałoby się notować i uczyć ich na pamięć. Górnolotność słów da się wybaczyć, gdy potrafią one rzeczywiście oszołomić. Tak jak słowa czarnoskórej służącej, która mówi ,że sens jej życia to bycie matką dzielnego chłopaka, który oddał życie za walkę o wolność. Tak jak piękne słowa Lincolna o godności narodu. Daniel Day-Lewis nie pozostawił swoją pierwszoplanową grą wyjścia słynna Akademii Filmowej przyznającej Oscary. Warto wspomnieć, że film zdobył zawrotną liczbę nominacji – dwanaście. Statuetki muszą się posypać, bo „Lincoln” to kino w najlepszym wydaniu. Szczególnie polecane tym, którzy chcą zobaczyć, czym jest polityka życia, a nie polityka jednej kadencji.