Minister zapowiedziała we wtorek w parlamencie, że powierzy Narodowemu Centrum Badań Naukowych (CNRS) pracy nad stworzeniem „bilansu całości badań akademickich” we Francji, tak, by można było odróżnić, co jest naprawdę badaniami, a co zwyczajną agitacją.

Na jej inicjatywę odpowiedziała Konferencja Prezydentów Uniwersytetów, nazywając oskarżenia „karykaturalnymi” i „godnymi knajpianego mędrkowania”.

Tymczasem mnożą się świadectwa studentów i doktorantów, którzy twierdzą, że aby uzyskać dobre noty, zmuszeni są w swych pracach popierać tezy dekolonialne czy gender oraz używać pisowni inkluzywnej.

„Niektórzy wykładowcy bliscy (dekolonialnej) Partii Tubylców Republiki czy (zdelegalizowanego w październiku ub.r., po zamordowaniu profesora podparyskiego gimnazjum przez młodego dżihadystę) Kolektywu przeciw Islamofobii we Francji, uczą importowanej z USA, radykalnej geografii, w której rozwój miast zredukowany jest do wykluczenia klas pracujących”

– cytował dziennik „Le Figaro” prof. Annie Fourcaut, historyk urbanistyki.

Profesor twierdzi, że może mówić swobodnie, bo jest już na emeryturze, ale podkreśla, że inaczej jest w wypadku młodszych kolegów, którzy „po to, by być publikowanymi, żeby dostać posadę, muszą poddać się temu nowemu konformizmowi”, w którym należy się ogniskować „na nieszczęściach imigrantów”. Jej zdaniem kierownicze instancje wyższych uczelni kładą uszy po sobie wobec widma sal wykładowych okupowanych przez niecofające się przed przemocą grupki solidarności z ofiarami rzekomej dyskryminacji.

Ordynarna indoktrynacja na francuskich uniwersytetach

Liczni obserwatorzy, wśród nich wykładowcy Uniwersytetu Lille, psychoanalityk Celine Masson, zwracają uwagę na sprowadzane z Ameryki dziedziny, takie jak intersekcjonalność czy studia postkolonialne, które sprowadzają się do atakowania Zachodu za nieustający rzekomo rasizm i imperializm. „Ideologie dekolonialne, tzw. realizmu rasowego i proislamistyczne wdarły się na studia. Te pseudonaukowe teorie w narcystycznej euforii sprowadzają tożsamość do cielesności i rasy” – tłumaczyła badaczka.

Dziś rano uczestnicy debaty w telewizji C-News zwracali uwagę, że choć pisownia inkluzywna (np. wszyscy/tkie) potępiona została w roku 2017 okólnikiem premiera i zakazana jest przez ministerstwo edukacji, wielu wykładowców nie odpowiada na maile, jeśli nie jest w nich użyta taka pisownia. A studenci, chcąc nie chcąc, muszą używać neopisowni, gdyż inaczej będą źle oceniani.

Indeks ksiąg zakazanych!

Reporterka „Le Figaro” Judith Waintraub cytowała studenta prestiżowej uczelni, który skarżył się, że „tylko po kryjomu może czytać francuskich klasyków filozofii i historii”. Twierdził, że na ćwiczeniach obowiązuje wyjęte z gender studies traktowanie męskości i kobiecości, jako „konstrukcji czysto społecznych” „laickość inkluzywna (niedyskryminująca)”, której „głównym celem jest walka z islamofobią”.

Według studenta, na jego uczelni maszyna do prania mózgów pracuje na najwyższych obrotach. Kiedy profesor tłumaczy, jak Picasso inspirował się sztuką afrykańską, z ławek podnosi się krzyk przeciw „grabieży kulturowej”.

Anne, która sześć lat temu skończyła w Paryżu studia języka i kultury perskiej, wspomina w rozmowie z Polską Agencją Prasową, jak jedna z profesorów wychwalała hidżab, jego walory estetyczne i znaczenie feministyczne, „którego głupi Europejczycy nie rozumieją”. I przyznaje, że w pracy pisemnej dla tej profesor nawet nie odpowiadając na pytanie, wychwalała islam, dzięki czemu, tak jak się spodziewała, dostała bardzo wysoką ocenę. Anne przytacza również „pozbawione sensu, kłamliwe wypowiedzi arabskich studentów o braku zasad moralnych na Zachodzie”.

- Nie są to zjawiska nowe i nie ograniczają się do Francji – sprowadzone z USA, rozpanoszyły się w całej Europie - podsumowuje Anne, pracująca obecnie w Wielkiej Brytanii.