Prymas, który potrafił przeprosić

Pomimo pewnych niedoskonałości śp. kard. Józef Glemp potrafił w wielu sprawach zachować się jak prawdziwy książę Kościoła.

Pomimo pewnych niedoskonałości śp. kard. Józef Glemp potrafił w wielu sprawach zachować się jak prawdziwy książę Kościoła.

Z prymasem Glempem zetknąłem się po raz pierwszy w 1999 r., gdy na prośbę środowiska ormiańskiego zgodziłem się zostać birytualistą, aby sprawować liturgię w dwóch obrządkach. Na ostateczną rozmowę pojechałem do Warszawy, gdyż od II wojny światowej prymas był także zwierzchnikiem trzech obrządków wschodnich, które w Polsce nie miały swojego biskupa. Oprócz Ormian-katolików podlegali mu grekokatolicy i wierni obrządku bizantyjsko-słowiańskiego. Prymas przyjął mnie bardzo życzliwie, choć szczerze przyznał, że o Ormianach i ich obrządku wie niewiele. Z jego nominacją zostałem duszpasterzem Ormian w całej Polsce, a później, po pojawieniu się drugiego birytualisty, w Polsce południowej. Wytworzyła się w związku z tym specyficzna sytuacja, gdyż jako ksiądz podlegałem kurii krakowskiej, ale jako duszpasterz Ormian podlegałem prymasowi. Było to tym bardziej kłopotliwe, że już wówczas zauważyłem, iż pomiędzy kardynałami Macharskim i Glempem istnieje pewne napięcie.

Uwydatniło się to w 2004 r., kiedy wspólnota Ormian postanowiła postawić przy kościele św. Mikołaja w Krakowie chaczkar – kamienny krzyż. Miał on być dedykowany Ormianom, którzy zginęli na Kresach z rąk UPA, oraz tym, którzy zostali wymordowani przez Turków w 1915 r. I właśnie to ostatnie sformułowanie nie spodobało się ambasadorowi tureckiemu. Interweniował w tej sprawie m.in. u prymasa Glempa, który nakazał skucie tego napisu. Rozpętała się awantura, gdyż jako Ormianie nie chcieliśmy na to przystać. Po naszej stronie opowiedział się kard. Macharski. Do konfliktu włączył się nuncjusz papieski, abp. Józef Kowalczyk, przysyłając list, w którym sugerował, że napis powinien być usunięty. Kard. Macharski jednak chaczkar poświęcił.

Od tego czasu moje stosunki z kard. Glempem były raczej chłodne. Naszej relacji z pewnością nie poprawiła książka „Księża wobec bezpieki”. Kardynał publicznie nazwał mnie wówczas „nadubowcem”. Bardzo mnie to dotknęło, gdyż w tym czasie byłem zakneblowany przez kurię krakowską i nie mogłem się bronić. Po dwóch tygodniach Prymas jednak przysłał mi list, w którym przeprosił mnie za to sformułowanie. W Kościele polskim raczej się nie zdarza, żeby dostojnik kościelny przepraszał zwykłego księdza. Był to więc ewenement.

Nie zmienia to jednak mojej ogólnej oceny jego osoby. Uważam, że prymasem Polski został przede wszystkim ze względu na kard. Stefana Wyszyńskiego, którego był sekretarzem. W wielu sprawach przerosły go obowiązki związane z pełnionym urzędem. W historii Kościoła dawni sekretarze biskupi rzadko sprawdzali się na stanowiskach zajmowanych po swoich szefach.

Wiele razy słyszałem od księży warszawskich słowa krytyki za inne sprawy, w tym zły stosunek do bł. ks. Jerzego Popiełuszki, choć w 2000 r. publicznie za to przepraszał. Osobną sprawą były jego wypowiedzi w czasie niedoszłego ingresu abp. Stanisława Wielgusa oraz krytyka o. Tadeusza Rydzyka i Stanisława Małkowskiego. Wypominano mu także, że pełniąc bardzo wiele funkcji, zaniedbywał sprawy swojej archidiecezji. Przy tym w sprawach duszpasterskich nie miał ani charyzmy, ani wizji.

Kontrowersyjną decyzją prymasa było też rozpoczęcie budowy Świątyni Opatrzności Bożej. Rozumiem, że chodzi tutaj o zobowiązania historyczne, obietnicę złożoną przed 200 laty, jednak sposób jej realizacji był chybiony. Nie stawia się sanktuariów na mocy odgórnej decyzji urzędniczej. Najpierw jest kult obrazu lub relikwii, pielgrzymki ciągnące w oczekiwaniu na taki lub inny cud – i wtedy dopiero myśli się o zapewnieniu ludziom odpowiedniego miejsca, gdzie mogliby się modlić. Wśród wiernych obrządków wschodnich też nie cieszył się uznaniem. Jego ostatnie negatywne wypowiedzi o unitach były niesprawiedliwe. Szokowało też dystansowanie się od decyzji Jana Pawła II o utworzeniu diecezji rzymskokatolickich w Rosji. Nazywanie zaś patriarchy moskiewskiego Cyryla I, b. agenta KGB zwalczającego unitów, „mężem opatrznościowym”, wzbudziło ostrą krytykę grekokatolików.

Co zapamiętam najbardziej? Wspomniane przeprosiny, bo one świadczą o tym, że mimo pewnych ułomności śp. kard. Józef Glemp potrafił w wielu sprawach zachować się jak prawdziwy książę Kościoła.

 

Źródło:

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo