Długi cień Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana

7 lutego minęły 34 lata od zakończenia procesu toruńskiego, w którym wyrok usłyszeli wykonawcy zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Inspiratorzy tej zbrodni nigdy nie zostali ukarani − nie spotkał ich żaden ostracyzm. Podobnie zresztą jak tych, którzy uruchomili i obsługiwali machinę kłamstwa.

Sprawa zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki i brak jej rozliczenia (a także innych komunistycznych zbrodni) stała się fatalną podwaliną III RP. Wprawdzie bezpośredni mordercy zostali skazani, ale faktyczni zleceniodawcy już nie. W 1985 r. zabójcy kapłana usłyszeli wyroki: Grzegorz Piotrowski 25 lat więzienia, Leszek Pękala 15 lat i Waldemar Chmielewski 14 lat. Wiceszef IV Departamentu MSW płk Adam Pietruszka został skazany na 25 lat za podżeganie do zabójstwa. Cały proces toczył się pod nadzorem komunistycznych służb specjalnych, a rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban oraz pracownicy jego biura uruchomili machinę kłamstwa i propagandy.

Mord na kapelanie Solidarności

Do zabójstwa ks. Jerzego doszło 19 października 1984 r. W tym dniu ks. Popiełuszko na zaproszenie Duszpasterstwa Ludzi Pracy był w parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. Po spotkaniu, w drodze powrotnej do Warszawy, niedaleko miejscowości Górsk, ok. 15 km na północ od Torunia, kapłan wraz ze swoim kierowcą Waldemarem Chrostowskim został uprowadzony przez funkcjonariuszy zwalczającej Kościół Samodzielnej Grupy „D” Departamentu IV MSW. Esbecy byli ubrani w mundury funkcjonariuszy Wydziału Ruchu Drogowego MO, co miało im ułatwić zatrzymanie samochodu kapłana. Gdy tak się stało, ks. Jerzego wyciągnęli z samochodu, pobili i wrzucili do bagażnika esbeckiego auta.

Co się dalej stało, nie wiadomo, ponieważ przebieg wydarzeń znamy jedynie z zeznań zabójców księdza. Kierowca kapłana Waldemar Chrostowski (zmarł 8 stycznia 2021 r.) zdołał wyskoczyć z pędzącego samochodu i uciec.

Według zeznań zabójców wynika, że z uprowadzonym księdzem pojechali w stronę Torunia. Zamknięty w bagażniku kapłan usiłował się wydostać, dlatego porywacze zatrzymywali się co jakiś czas i bili go aż do utraty przytomności. W końcu związali księdza w taki sposób, że każda próba wyprostowania nóg powodowała duszenie. Mordercy zeznali potem przed sądem, że koło północy wjechali na zaporę na Wiśle we Włocławku. Tam z wysokości kilkunastu metrów wrzucili księdza do wody, najprawdopodobniej ks. Jerzy jeszcze wtedy żył. Po upływie tygodnia (30 października) z zalewu wyłowiono ciało ks. Jerzego. Dokumenty milicji opisują to zdarzenie następująco: „O godz. 17 (...) przystąpiono do wydobywania zwłok mężczyzny (...) przy użyciu płetwonurków. Przed ich wydobyciem, jak wynika z oświadczenia płetwonurka Krzysztofa Mańko, (...) ciało ubrane było w sutannę, zwrócone twarzą w kierunku jazu, z obciążeniem nóg”. Ciało księdza było tak okaleczone, że z trudem dokonano jego identyfikacji.

Farsa procesu

Sterowany przez komunistów proces, na którym osądzono sprawców morderstwa, trwał od 27 grudnia 1984 r. do 2 lutego 1985 r. przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu w obecności specjalnie zebranej „publiczności”, złożonej w większości z funkcjonariuszy SB i w 90 proc. oddanych władzy dziennikarzy. Prokurator w tzw. procesie toruńskim żądał dla Piotrowskiego kary śmierci, choć jego wystąpienie odebrano bardziej jako oskarżenie ks. Popiełuszki o czyny wrogie ustrojowi. Karze śmierci sprzeciwili się pełnomocnicy rodziny księdza − mecenasi Jan Olszewski, Edward Wende, Krzysztof Piesiewicz i Andrzej Grabiński. Jak mówili, kary śmierci nigdy nie zaakceptowałby sam kapłan. Proces zakończył się wyrokami skazującymi dla Piotrowskiego, Pękali, Chmielewskiego i Pietruszki. Wszyscy skazani wyszli z więzienia przed upływem orzeczonej kary. Pękala opuścił więzienie po 5 latach, Chmielewski po 8, Pietruszka po 10, Piotrowski po 16 latach. Wszyscy sprawcy zbrodni nie odbyli kar w całości; skróciła je im amnestia. Przełożonych zabójców: szefa SB gen. Władysława Ciastonia i szefa IV departamentu gen. Zenona Płatka uniewinniono w 1994 r. od zarzutu kierowania zabójstwem ks. Popiełuszki. Ich przełożeni: gen. Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski, którzy chcieli „uciszenia” kapłana, nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej.

Machina propagandy

Idąc za narracją prokuratora, komunistyczne władze wykorzystały proces także jako swego rodzaju oskarżenie ofiary. Oskarżonym był w tym „procesie” Jerzy Popiełuszko, ale też Kościół katolicki, nazwany przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego (w rozmowie z Erichem Honeckerem) „garbem”, którego nie udało się w Polsce usunąć.

Ksiądz Jerzy jako kapelan Solidarności był wrogiem numer jeden komunistycznej władzy. Jego kazania były przez rzecznika junty Jaruzelskiego, Jerzego Urbana, nazywane „seansami nienawiści”. Szczucie, bezpodstawne oskarżenia, kłamstwa były codziennymi narzędziami wykorzystywanymi przez czołowego propagandystę PRL – m.in. w 1983 r. Urban pod pseudonimem Michał Ostrowski opublikował oszczerczy artykuł przeciw ks. Jerzemu w „Expressie Wieczornym” pt. „Garsoniera obywatela Popiełuszki”, który był potem powtarzany w innych mediach. Odczytywano go wielokrotnie w radiu, a jego skróconą wersję opublikowała „Trybuna Ludu”.

Przed tą publikacją, na skutek prowokacji SB i podrzucenia do mieszkania kapłana nielegalnych ulotek, matryc i materiałów wybuchowych ks. Jerzy został zatrzymany, otrzymał prokuratorskie zarzuty i spędził noc w milicyjnym areszcie w pałacu Mostowskich. Urban podczas swoich konferencji prasowych obszernie informował, co w sprawie się dzieje i o co ksiądz jest podejrzewany.

Miesiąc przed śmiercią kapłana, we wrześniu 1984 r., w „Tu i Teraz” ukazał się felieton „Seanse nienawiści”, w którym Jerzy Urban (podpisany jako Jan Rem) przedstawił ks. Jerzego jako Savonarolę antykomunizmu. Tekst był także przedrukowany w innych mediach, ponieważ kościół św. Stanisława Kostki, gdzie głosił kazania ks. Jerzy, zdaniem komunistów był jedną „z najbardziej politycznych ambon w Polsce”. „Przedrukowujemy ten felieton, aby mogli się z nim zapoznać również czytelnicy »Głosu Wybrzeża« zwłaszcza, iż stołeczna ambona, o której mowa, nie jest jedyną tego typu sakralną placówką w kraju” − czytamy we wstępie do felietonu Urbana.

Gorąca linia z Jaruzelskim

Z odręcznych zapisków w zachowanych w Archiwum Akt Nowych osobistych notesach Urbana z lat 1984−1985 wynika, że przed cotygodniowymi konferencjami rzecznik rządu konsultował się m.in. z ówczesnym szefem Biura Śledczego MSW gen Zbigniewem Pudyszem oraz szefem bezpieki, gen. Czesławem Kiszczakiem; wiadomo także, że Urban miał „gorącą linię” z gen. Wojciechem Jaruzelskim. Jak wynika z dat, narady te dotyczyły sprawy uprowadzenia i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki.

Goebbels stanu wojennego (tak Urbana nazwał senator Ryszard Bender), jego współpracownicy oraz przełożeni w III RP mieli i mają się świetnie. W kwietniu 1989 r. Urban został powołany na ministra członka Rady Ministrów, będąc przewodniczącym Radiokomitetu. Po odejściu z tych funkcji razem z kumplami z komunistycznego MSW założył brukowy tygodnik „Nie”. Głównymi obiektami ataków Urbana i jego dziennikarzy stali się Kościół i katolicy księża. Z kolei Grzegorz Piotrowski po wyjściu z więzienia współpracował z antyklerykalnym, atakującym Kościół i katolickich księży tygodnikiem „Fakty i Mity”.

 

Źródło:

Dorota Kania
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo