Czy spotkali Państwo kogokolwiek, kto pod wpływem tejże notki w rubryce satyrycznej zawiadomiłby organa ścigania? A czy w mediach, nawet tych najbardziej antypisowskich, opisano chociaż jeden taki przypadek? No nie, bo każdy Czytelnik załapał, że to żart. Gdyż Czytelnicy idiotami nie są. Moją notkę zacytowano na paru portalach plotkarskich, ale nawet najbardziej nienawidzący „Gazety Polskiej” poważniejsi publicyści nie czepiali się tematu, bo każdy rozumiał ironię.

Każdy, oprócz Stefana Niesiołowskiego. A dlaczego tak? Olga Tokarczuk napisała niedawno w swoim eseju, że „trawi nas ciężka choroba dosłowności”. Objawy? „Brak zdolności do rozumienia metafory”, „skłonność do wydawania ostrych, pochopnych sądów” i „zanik wrażliwości na ironię”. Napisałem wówczas, że Tokarczuk akurat w tej sprawie ma rację i to zjawisko widoczne jest zarówno po ubekistańskiej, jak i patriotycznej stronie barykady. Tak jest po prostu logika wojny. Oczywiście w tym przypadku nie żadnej wojny polsko-polskiej, tylko polsko-bolszewickiej. I na tym mechanizmie radykalizacji niekumatych czytelników postanowił grać Niesiołowski.

Czy on sam nie załapał dowcipu? No więc jest to całkowicie niemożliwe, bo Niesiołowski bardzo dobrze zna moje poczucie humoru. Z czasów, gdy był narodowym katolikiem, a nawet publicystą „Gazety Polskiej”. To zdjęcie przy tekście jest sprzed prawie 20 lat. Jestem na nim ja i Stefan Niesiołowski. Zostało ono zrobione w czasie Sabatu Leninowskiego w Poroninie. Zlot został zorganizowany po tym, jak w czasie rządów SLD policja postawiła mi zarzut „Umyślnie wprowadził funkcjonariusza policji w błąd co do tożsamości własnej informując że nazywa się Włodzimierz Iljicz Lenin”. Niesiołowski, ostry wróg salonów, którego zaprosiłem jako tego, co miał wysadzać pomnik Lenina za komuny, przyjechał mnie wspierać.

A potem z jakichś powodów mu się odmieniło. Ja jestem po tej stronie co zawsze, a on po przeciwnej. Po Smoleńsku szanse, by kiedykolwiek był znowu po naszej, stracił ostatecznie. A ostania akcja Niesiołowskiego jest w pewnym sensie logiczna. Ma on ten sam problem, co Kamil Durczok. Mimo dyskwalifikujących zarzutów prokuratorskich, w jego przypadku korupcyjnych, chciałby znowu traktowany być jako równouprawniony uczestnik politycznego sporu. Ponieważ jednak nawet totalna opozycja woli lekko dystansować się od obu panów, wymyślili oni specjalną taktykę. Brzmi ona: bluzgać na PiS mocniej niż ktokolwiek, by wywołać reakcję władzy. I w ten sposób zasugerować najbardziej zaślepionym zwolennikom opozycji, że zarzuty jazdy po pijaku czy korupcji to wymysł i zemsta za ich niezwykle odważną walkę z PiS.

A poniżej filmik pokazujący, że Niesiołowski miał także lepsze momenty w swoim życiorysie. Poniżej broniący rządu Jana Olszewskiego. Co spowodowało później zmianę jego postawy? Może kiedyś się dowiemy…