W środę wieczorem w centrum Warszawy odbył się protest zwołany po publikacji przez Trybunał Konstytucyjny uzasadnienia pisemnego wyroku z 22 października ub.r., w którym TK orzekł o niekonstytucyjności przepisu dopuszczającego aborcję w przypadku dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu.

Rzecznik KSP nadkom. Sylwester Marczak komentując działania policji podczas protestu, przyznał, że emocji nie brakowało.

- Podkreślić jednak należy jeden fakt - cierpliwość policjantów jest na bardzo wysokim poziomie. Dzisiaj widzieliśmy osoby, które chciały protestować, nie walczyć z policją. Nie brakowało też dzisiaj osób, które w tłumie studziły emocje

- zaznaczył nadkom. Marczak.

Emocje próbowali nieco podkręcić dziennikarze stołecznego dodatku „Gazety Wyborczej”.

„Policja używa na protestach gazu, którego termin przydatności minął cztery lata temu”

- czytamy w tytule artykułu. Mimo, że tekst opublikowano dziś rano, nie odnosi się do wczorajszych wydarzeń. Chodzi o protest z 20 stycznia.

„Etykiety czytać do końca”

Stołeczna policja błyskawicznie zareagowała na publikację „Wyborczej”.

„A wytrawni łowcy sklepowych okazji zawsze radzą, żeby etykiety czytać do końca i żadnej nie pomijać” - czytamy.

Jak tłumaczy policja, „wskazane miotacze gazu poddawane są cyklicznym przeglądom i ponownemu napełnieniu, co wydłuża ich okres przydatności i ogranicza koszty zakupu nowych”.

„Informacja taka znajduje się na dodatkowym oznaczeniu. Widać je częściowo na zdjęciu, którym posłużyła się redakcja Wyborczej”

- dodaje.