Kard. Konrad Krajewski, jałmużnik papieski, bardzo aktywnie angażował się w pomoc ubogim w dobie pandemii koronawirusa. Przed Bożym Narodzeniem poinformowano, że hierarcha trafił do szpitala z powodu zapalenia płuc. W kolejnych potwierdziło się, że schorzenie spowodowane jest zakażeniem koronawirusem. Jednocześnie, potwierdzono obecność wirusa u kard. Giuseppe Bertello, gubernatora Państwa Watykańskiego.

1 stycznia polski duchowny opuścił szpital po tym, jak jego stan zdrowia znacząco się poprawił. 

Dziś kard. Krajewski opowiedział Radiu Watykańskiemu przebieg swojej choroby i 11-dniowy pobyt w klinice Gemelli. 

- Czułem się całkowicie bezbronny. To drugi człowiek decyduje o przebiegu terapii, jakie działania zostaną podjęte. W przypadku tego wirusa nikt nie jest niczego pewien, nawet lekarze. Nigdy nie wiadomo, jak rozwinie się on u danego człowieka. Przyszli po mnie ci w gorszym stanie niż ja i wyszli. Przyszli ci, którzy byli w bardzo dobrym stanie i dzisiaj modlimy się za nich, bo już ich nie ma - wspomina duchowny.

Kardynał przyznał, że to "zatrzymanie życia" jest dziś bardzo potrzebne, bo jest okazją do refleksji, rachunku sumienia. Hierarcha przyznał, że "wyciągnął na nowo swój testament" i starał się go uwspółcześnić.

- Są ci, którzy bardzo młodo umierają i nie wiemy, dlaczego, a ci, którzy są starsi, nie mogą umrzeć, a chcieliby, bo już tak bardzo cierpią. To jest jedna wielka tajemnica, do której zbliżamy się przez tego ohydnego wirusa, który atakuje jak złodziej, znienacka i jeśli w odpowiednim momencie do zakażonego nie dotrze pomoc, to odchodzi

- zaznaczył.