Kto uratował jedno życie...

  

Siedzimy przy stole z moim tatą, który za niecałe trzy miesiące skończy 87 lat. Co prawda w dowodzie ma rok urodzenia 1936, a nie 1934, gdy rzeczywiście urodził się w Warszawie. Zmiana daty to zasługa lekarza z Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) – takie „odmłodzenie” mogło podczas okupacji niemieckiej tylko pomóc w walce o przeżycie. Ojciec opowiada o ratowaniu Żydów, co było udziałem naszej rodziny w czasie, gdy groziła za to śmierć.

W rodzinnej akcji pomocy Żydom – obywatelom wspólnego państwa, II Rzeczypospolitej – ważną rolę odgrywało mieszkanie dziadków, Henryka Karola Czarneckiego i Bronisławy Zenobii z domu Foltman, w samym sercu Warszawy, w Śródmieściu, na ul. Wareckiej 9. Kamienica sąsiadowała z domem przy ul. Wareckiej 7, będącym własnością PPS. Został on całkowicie zniszczony, jako jeden z dwóch budynków na tej ulicy, już podczas bombardowania Warszawy przez Niemców we wrześniu 1939 r. Naprzeciwko był dom Akcji Katolickiej albo Misji Katolickiej. Była to zamożna część Śródmieścia. 

Trzydzieścioro dzieciaków

Dom, w którym mieszkali dziadkowie, miał dwie windy: jedną od frontu, a drugą dla służących od podwórza. Mieszkali tu m.in.: naczelnik oddziału Poczty Głównej w Warszawie, wdowa po pułkowniku Wojska Polskiego i były prezydent Radomia. O zamożności domu świadczy to, że dozorca, skądinąd blisko współpracujący z AK, miał dwóch pomocników. 

Za budynkiem znajdowały się dwa otwarte podwórza. Było też trzecie, ale to akurat było niedostępne, a za nim znajdował się budynek Gimnazjum Górskiego przy ul. Hortensja, potem ul. Górskiego. Wiodła tam ślepa uliczka, ale z przejściem na Nowy Świat. 

W takim właśnie budynku na szóstym, ostatnim piętrze znajdowało się duże mieszkanie moich dziadków po mieczu, w którym spędzały pierwszą noc dzieci przemycone z getta. Babcia współpracowała z Radą Pomocy Żydom „Żegota”. Przez ich mieszkanie przewinęło się w sumie blisko 30 dzieciaków. Najmłodsze miało dwa lata, najstarsze – dziesięć. 

Zasadą było, że był to jeden nocleg, a następnego dnia zjawiał się ktoś z polskiego podziemia i zabierał dziecko do innego mieszkania. Najdłuższy taki pobyt trwał trzy dni. Zdarzyła się też sytuacja zupełnie ekstraordynaryjna, gdy mojego kilkuletniego ojca nie było w Warszawie przez dłuższy czas i wówczas na jego „papierach” przez cały ten okres dziadkowie przechowywali żydowskie dziecko.
Babcia Bronisława, młodsza od dziadka o 35 lat (!), była w AK. Dopiero gdy nastała wolna Polska, na początku lat 90. XX w., przyznała się mojemu ojcu, że była… w kontrwywiadzie Armii Krajowej. Ale to materiał na inną opowieść.

Pierwsza misja specjalna małego Henia

Mały Henio, czyli mój ojciec, wychowywał się w atmosferze konspiracyjnej z racji całkowitego zaangażowania całej rodziny w ruch oporu, ale także dlatego, że jego ojciec funkcjonował na dokumentach... własnego brata. Był na niemieckiej czarnej liście za wspieranie powstań śląskich i kierowanie w tym czasie swoistym teatrem plebiscytowym, który z Zagłębia, z Sosnowca, przyjeżdżał na Śląsk ze sztukami granymi po polsku, nigdy wcześniej tam niewystawianymi.

Ośmio- i dziewięcioletni Henryk też dostawał swoje zadania. Po latach wspomina te „misje specjalne”, jak to określa z dzisiejszej perspektywy. W pierwszej chodziło o pomoc nie dla dziecka, ale dla dorosłej już kobiety, młodej Żydówki po studiach medycznych na Uniwersytecie Warszawskim. 

Po przemyceniu z getta i krótkim pobycie na „mecie” w stolicy miał ktoś z podziemia czekać na nią na stacji kolejki WKD Warszawa-Most na Pradze, pod mostem Kierbedzia (dziś most Śląsko-Dąbrowski). Była jesień 1943 r. Stacja kolejki wąskotorowej znajdowała się przy ul. Zygmuntowskiej, dziś to okolice Trasy W-Z. Ojciec miał wtedy 9,5 roku. 

Zapadał zmierzch, zbliżała się godzina policyjna, dziadkowe uznali, że osobą najmniej wzbudzającą podejrzenia będzie mały chłopiec. Ojciec tramwajem przejechał na Pragę, wszedł na stację kolejki i zgodnie z instrukcjami skierował się do ostatniego wagonu. Tam spotkał młodą kobietę, którą miał poprowadzić do bezpiecznego miejsca. Kolejka ruszyła. 

Następny przystanek znajdował się przy obecnym Teatrze Powszechnym – wtedy była tam sala widowiskowa. Kolejny to Wiatraczna, następnie Gocławek, na kolejnym przystanku, Wawer, ojciec wszedł do ostatniego wagonu, powiedział nieznajomej – zaskoczonej wiekiem swojego „przewodnika” – „Dobry wieczór” i że zaraz wróci. 

W Józefowie, upewniwszy się, że kolejka nie jest obserwowana, ponownie wsiadł do ostatniego wagonu. Podróżowali już razem i razem wysiedli na stacji Świder. Doszli do domku letniskowego nad rzeką Świder, będącego własnością przyjaciół rodziny. Ojciec wyjął klucze, odruchowo oglądając się za siebie, otworzył drzwi, napalił w piecu, zagrzał wodę i wlał ją do kąpieli. 

W domku były trzy pokoje. Młoda lekarka, Żydówka, zaczęła niespełna dziesięciolatkowi opowiadać o sobie. Była bardzo wychudzona. Wspomniała, że ma dziecko, ale nie powiedziała, co się z nim dzieje. Mały Henio nie pytał. 

Następnego dnia około godz. 11 przyjechała furmanka z woźnicą, który o nic nie pytał, tylko zrobił miejsce dla kobiety i pojechali dalej. Zapewne, uważa ojciec, do klasztoru.

Dziecko ratuje dziecko

Druga „misja specjalna”. Jest kilka tygodni później, zima 1943/1944. Mały Henio jest sam w tym samym miejscu. Napalił w piecu i czeka na przyjazd „gościa”. Przywieziono dziecko, najwyżej pięcioletnie, mówiące po polsku bez akcentu. Było przerażone. Wcześniej już je przechowywano po „aryjskiej” stronie. 

Do misji wyznaczono niespełna dziesięciolatka, bo tuż przedtem w konspiracyjnym mieszkaniu na Żoliborzu pięciolatek nie pozwalał się nikomu dotknąć, zszedł do piwnicy i nie chciał stamtąd wyjść. Uznano, że dziecko z dzieckiem nawiąże kontakt łatwiej niż z dorosłym. 
Chłopiec był zawszony. Przywiozło go dorożką dwoje ludzi. Przywieźli też jedzenie, mleko i kawę zbożową. Ojciec podał mu kubek z ciepłym mlekiem. Chłopiec bez słowa wypił je i wyciągnął rękę po następny i następny.

Mały Henio znał instrukcję odwszawiania: po umieszczeniu dziecka w wannie, początkowo bez wody, szare mydło należało nałożyć cienką warstwą na brzeg wanny – wszy wychodziły po brzegu wanny i wpadały w warstwę mydła. Potem było strzyżenie – dziecko strzygło dziecko, „na zero”. Na zewnątrz padał śnieg, zapadał zmrok. Ojciec do dziś pamięta nazwę „Sabadilla”. To płyn, który zabijał wszy, a nawet gnidy. Następnie trzeba było spalić włosy i odzież w – uwaga! – piecu, a nie w kuchni. Włosy palone w kuchni to smród, który przenika do sąsiadów. W piecu można było tego uniknąć. 

Następnego dnia przed południem przyjechała dorożka albo bryczka i dwoje młodych ludzi zabrało chłopca, który tego dnia bał się już trochę mniej niż poprzedniego.

Ojciec opowiada kolejne historie. Przełyka łzy. Dziadek Henryk Karol zmarł po pobiciu podczas przesłuchania przez UB w Inowrocławiu – nie pomogła operacja w Częstochowie, gdzie rodzina osiedliła się po Powstaniu Warszawskim. Babcia w 1995 r. w Warszawie. Nie mają swojego drzewka w Yad Vashem, nie dostali odznaczenia Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, tak jak bardzo wielu naszych rodaków ratujących Żydów z rąk Niemców. Niech przynajmniej zostaną w naszej pamięci.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts