Całkiem niezłe wyniki sprzedaży w skali całego ubiegłego roku po części wynikają z tego, że wskutek silnego interwencjonizmu państwa w zakresie polityki gospodarczej konsumenci w sumie tak bardzo nie odczuli pogorszenia sytuacji gospodarczej. Wprowadzono rozmaite zasiłki, dopłaty dla firm, spadły stopy procentowe. Z dr Przemysławem Kwietniem, głównym ekonomistą XTB (X-Trade Brokers DM SA), rozmawia Maciej Pawlak.

Sprzedaż detaliczna w grudniu była niższa niż przed rokiem o 0,8% (wobec wzrostu o 5,7% w grudniu 2019 r.). W porównaniu z listopadem 2020 r. wzrosła o 19,8%, a w całym 2020 r. - zmalała r/r o 3,1%. Skąd tak duży wzrost sprzedaży w porównaniu z listopadem? Czy gdyby galerie i cały handel były w tym czasie całkowicie otwarte ten wzrost byłby jeszcze dużo wyższy?
Oczywiście, że te wyniki byłyby lepsze. To, że jednak był spadek sprzedaży detalicznej wynika z wprowadzonych rozmaitych restrykcji. Po części - wobec usług w handlu. Po drugie - restrykcji w zakresie możliwości poruszania się. Pamiętajmy, że część sprzedaży detalicznej stanowi sprzedaż paliw. A ich sprzedaje się przecież mniej, co jest oczywiste. Może to tak teraz nie uderza, jak na wiosnę, kiedy wprowadzono twardy lockdown i faktycznie przez kilka tygodni ulice były puste - ale w skali całego roku to nie jest bez znaczenia. Zatem restrykcje mają jak najbardziej wpływ na wyniki sprzedaży detalicznej. 

Jak to się przejawia w praktyce?
W czasie wakacji, gdy mieliśmy swoistą odwilż w odniesieniu do głębokości restrykcji, jak i przekonania społeczeństwa, że pandemia jest już niemal na finiszu, sprzedaż detaliczna dość szybko poszła w górę. To wszystko więc wyglądało inaczej niż obecnie. Całkiem niezłe wyniki sprzedaży w skali całego ubiegłego roku po części wynikają z tego, że wskutek silnego interwencjonizmu państwa w zakresie polityki gospodarczej konsumenci w sumie tak bardzo nie odczuli pogorszenia sytuacji gospodarczej. Wydaje się więc, że w dalszym okresie będzie to ewentualnie bardziej proces niż uderzenie koronakryzysu. Wprowadzono rozmaite zasiłki, dopłaty dla firm, spadły stopy procentowe (choć to akurat nie ma może aż takiego znaczenia, jak w innych krajach). Wszystko to miało wpływ zwłaszcza dla osób, które dysponują bardziej napiętymi budżetami, gdy są kredytobiorcami. Ich bowiem raty spadły. Oszczędzający zwykle mają z czego wydawać, więc zmniejszenie odsetek rozłoży się na popyt w dłuższym okresie. To wszystko oznacza, że konsumenci nie zareagowali zmniejszeniem chęci kupowania. Może rozmaite dane o panujących nastrojach pokazują pewien pesymizm. Jednak nie widać na razie jakiegoś gigantycznego przełożenia się tego na faktyczne wyniki sprzedaży. W Polsce i w większości innych krajów jest podobnie. Wskutek dużego interwencjonizmu ze strony państwa, co - przynajmniej w takiej skali - jest sytuacją raczej niespotykaną. 

Jakie jeszcze czynniki wpłynęły na takie wyniki sprzedaży detalicznej?
Odnotowujemy jednocześnie duże wzrosty handlu w sieci (e-commerce). To sprawiło, że sprzedaż nie spadła aż tak bardzo, jak można się było na początku obawiać. Rzecz jasna istotne jest, co będzie dalej. Zapewne dojdzie do odbicia sprzedaży, choć raczej będzie ono przejściowe. Ludzie trochę zachłysną się kolejnymi łagodzeniami restrykcji. A wówczas zaczną liczyć pieniądze. Jeśli nie dojdzie do istotnego wzrostu gospodarczego, to wzrost sprzedaży nie będzie wyglądał, jak np. w latach 2016-2019. Nastąpił wtedy bardzo istotny, bardzo systematyczny wzrost sprzedaży. Polacy poczuli się bogatsi, poczuli koniunkturę i konsekwentnie wydawali zarobione pieniądze, dodatkowo ją wzmacniając. Wydaje mi się, że obecnie jesteśmy dość odlegli od takiego punktu. Mówi się bardzo często, że musi w końcu dojść do odbicia w górę, nadejścia ożywienia gospodarczego. I to oczywiście prawda. Ale będzie ono wynikać z tego, że ludzie wyjdą masowo do sklepów. Pytanie: jak długo to potrwa?

No tak, wszystko zależy od dalszego rozwoju sytuacji pandemicznej… Tymczasem, według najnowszych danych GUS, produkcja budowlano-montażowa w grudniu była wyższa o 3,4% w porównaniu z grudniem 2019 r., a jednocześnie wyższa o 34,4% w stosunku do listopada 2020. Skąd tak dobre wyniki w grudniu? Czy to tylko chęć zamykania inwestycji do końca roku?
Nie oceniałbym tego porównując wyniki z miesiąca na miesiąc. W przypadku produkcji budowlano-montażowej ciekawsza jest roczna dynamika, która faktycznie też odbiła. W grudniu doszło do wzrostu rok do roku. Kryją się za tym dwie tendencje. Po pierwsze na wynikach zaważyła produkcja mieszkaniowa, która nigdy w ubiegłym roku aż tak bardzo nie ucierpiała. A ponadto deweloperzy wykorzystują fakt, że ludzie wycofują pieniądze z banków, bo tam praktycznie nie zarabiają. Zatem to na pewno pomaga w tych dobrych wynikach całego sektora budowlanego.

Czyli zaważył na nich głównie segment budownictwa mieszkaniowego?
Mamy do czynienia z dwoma trendami. I faktycznie jeden dotyczy mieszkaniówki. Jest to zjawisko globalne. Ludzie uciekają od depozytów bankowych, na których nic nie zarabiają. Uciekają na giełdę, jak również na rynek nieruchomości. Zatem siłą rzeczy deweloperzy to wykorzystują. Trudno im się dziwić. Z drugiej strony rozwijane sią produkcyjne inwestycje prywatne, a także publiczne. W tym segmencie sytuacja wygląda jednak gorzej. Nie mamy na razie rozbicia w dostępnych danych miesięcznych GUS, ale gdy zaczną być publikowane dane za kolejne kwartały, spodziewałbym się trendu, że w tych inwestycjach nie - mieszkaniowych będzie gorzej. 

Dlaczego?
Wiadomo bowiem, że budżety samorządów bardzo ucierpiały wskutek pandemii. A nie mają one takich możliwości, jak budżet centralny, by sfinansować wydatki np. dodrukiem obligacji. A wiadomo, że część wydatków inwestycyjnych ponoszona jest na poziomie samorządowym. Stąd w tym obszarze spodziewałbym się dużych problemów. Z kolei w sektorze prywatnym pieniądze wciąż są. To widać w danych dotyczących podaży pieniądza. Natomiast może czasem nie ma przekonania, że warto inwestować: bo istnieje duża niepewność jutra - w odniesieniu do dalszego rozwoju pandemii, ale także - dalszej polityki gospodarczej. Stąd być może w sektorze prywatnym inwestycje nie wykażą się zbyt wysoką dynamiką.

W całym ub. roku, wybudowano prawie 222 tys. mieszkań, co - jak podkreślają eksperci - jest najlepszym wynikiem od 1980 r. Czy ten świetny wynik stanowi wydarzenie jednorazowe? Jak budownictwo mieszkaniowe będzie wyglądało w kolejnych latach?
Moim zdaniem ta dynamika osłabnie. Ten obecnie wysoki popyt na nowe mieszkania wynika - jak powiedziałem - z popytu inwestycyjnego. To jest swoista ucieczka przed inflacją. Ludzie tak to postrzegają. Jak to się skończy - to całkiem inna historia. Biorąc jednak pod uwagę jedynie rozmiary produkcji mieszkaniowej wiadomo, że obecnie mamy do czynienia z wysokim popytem, bowiem wiele osób dochodzi do wniosku, że nie ma sensu wynajmować mieszkanie, skoro wysokość rat do spłacenia za skredytowany lokal jest tak niska. Ale przede wszystkim przekonują się, że trzymanie oszczędności na koncie czy na lokatach nie przynosi żadnych zysków, za to inwestowanie własnych środków w kupno mieszkania w końcu przyniesie jakieś zyski, jeśli nie od razu, to w przyszłości. A więc, że jest sens inwestować w kupno nieruchomości. W rezultacie, gdy popyt na kupno nowych mieszkań zostanie zaspokojony, zapewne nie będzie już dynamicznie wzrastał. I wrócimy do organicznego popytu, wynikającego po prostu z faktu, że ludzie chcą kupić mieszkanie, bo muszą gdzieś mieszkać. A dziś nie jest to główny czynnik napędzający rozwój branży mieszkaniowej.

GUS podał także, że styczniowy wskaźnik koniunktury jest wyższy niż w grudniu we wszystkich branżach (poza finansami i ubezpieczeniami), choć wciąż pozostaje na ujemnym poziomie, tzn., że więcej firm nadal spodziewa się pogorszenia sytuacji, niż jej polepszenia. Czy nadal pozostanie ujemny w kolejnych miesiącach?
Na te wszystkie wskaźniki koniunktury patrzę obecnie z bardzo dużą ostrożnością. Ponieważ zazwyczaj ich konstrukcja jest przygotowana na „normalne” czasy. A więc nie na takie, z jakimi mamy obecnie do czynienia. Te wskaźniki się teraz „dziwnie” zachowują. Bo metodologia ich tworzenia, sposób zbierania informacji i przeliczania na wartość numeryczną, nie jest dopasowana do anomalii pandemii. Zatem nie przywiązywałbym specjalnej wagi do tego wskaźnika. Zapewne optymizm badanych przedsiębiorców trochę wzrośnie, gdy dojdzie do luzowania restrykcji. Dla mnie bardziej istotne jest to, na ile ten ewentualny optymizm pobudzi cykl koniunkturalny, a na ile okaże się tylko chwilowy, nie przeradzając się w mocniejszy wzrost gospodarczy na dłuższą metę. 

Od stycznia do listopada 2020 r. w porównaniu z takim samym okresem rok wcześniej dwukrotnie zmniejszyła się - z ponad 33 do ponad 17 mln - liczba turystów odwiedzających nasze hotele i miejsca noclegowe. Był to rzecz jasna rezultat zamknięcia tej branży przez większą część roku. Czy w tym roku jest szansa, by mimo wszystko liczba turystów hotelowych osiągnęła poziom z 2019 r.?
To jest bardziej kwestia: jak społeczeństwo się zachowa. Jeśli miałbym zgadywać, to powiedziałbym, że jest na to szansa. Bo pamiętamy przecież, gdy późną wiosną i w lecie ub. roku luzowano restrykcje, nagle wróciły tłumy na ulicach miast i miejscowości wczasowo-wypoczynkowych. To pokazuje, że obawa, że nawet gdy lockdown w turystyce i hotelarstwie zelżeje, ludzie nie zechcą jeździć w celach wypoczynkowych - dotyczy raczej mniejszej części społeczeństwa. Zatem, gdy w tym roku obecne restrykcje zostaną zniesione, ludzie pewnie znów zaczną podróżować. 



Artykuł pochodzi ze strony filarybiznesu.pl