Kim był Paweł Paliwoda? Historią ostatnich 20 lat polskich inteligentów. Ale nie tych bulwarowych i oklepanych. Paweł Paliwoda był człowiekiem starego stylu – z czasów, gdy solidność i niezależność cenione były bardziej niż potulność. Przyszło mu też za to zapłacić ogromną cenę.



Solidne studia filozoficzne, później niedokończony doktorat w IFiS PAN. Pisał o Arystotelesie i jego logice. Należał do Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej, elitarnego środowiska, które spotykało się regularnie, żeby rozmawiać o polityce w filozoficznym kontekście – Karłowicz, Cichocki, Gawin, Merta, Krasowski, Ostrowski, Gniazdowski. To też ważny rys inteligencki: porządna formacja połączona z zainteresowaniem sferą publiczną. Znakomicie zapowiadający się filozof, który wybrał jednak dziennikarstwo. Tak w pewnym momencie zaczął się przedstawiać. Nie nazywał siebie już filozofem, ale dziennikarzem.

Jego talent szybko dostrzeżono. Bez tekstów Paliwody trudno wyobrazić sobie było pierwsze „Życie”. Walił bezlitośnie w polityczną poprawność, żartował z głupoty, denerwował rozmówców. Paweł Śpiewak z wściekłością rzucił w trakcie rozmowy słuchawką. Poszedł nieautoryzowany wywiad, po którym wybuchła awantura. Teksty o snobkach-filantropkach („W cywilizacji pacyfizmu i ludyczności kobieta staje się – by tak rzec – artykułem pierwszej potrzeby”) i piłce nożnej z cytatami z Parmenidesa („Byt jest. Niebytu nie ma. Polska piłka nożna nie istnieje”). W „Dzienniku” po jednym z antylustracyjnych wystąpień biskupa Życińskiego tekst „Czego się boi Filozof”. Znów awantura.

Zarówno w „Życiu”, jak i w „Dzienniku”, był ważną postacią w dziale publicystycznym. Zamawiał i przyjmował teksty, redagował. Często pisał je od nowa. Wyczulony na rytm i brzmienie frazy, zawsze wierzący, że piękną polszczyznę można i należy godzić z logiką wywodu. Kto dał Paliwodzie do przeczytania swój tekst, mógł być pewny solidnej lektury, szczerej krytyki i propozycji napisania jeszcze raz.

Paweł Paliwoda nie bał się awantury. Kiedy czuł, że ktoś chce zamachnąć się na jego wolność, groził mieczem. Dosłownie. W redakcji nad jego biurkiem wisiał ponoć samurajski miecz. W innym kraju zapewne Paweł Paliwoda byłby człowiekiem bogatym. Pisał teksty, od których wielu zaczynało lekturę gazet. Miałby swoje stałe miejsce na drugiej stronie. Tu miał tyle samo wielbicieli, co wrogów. Wieczny niedostatek i nieustająca niepewność.

Taki był Paweł Paliwoda od zewnątrz. A jaki w środku? Mało kto go znał naprawdę, bo skutecznie ukrywał siebie. Tak naprawdę nieśmiały i bardzo wrażliwy. Perfekcjonista aż do bólu.

Na co dzień najwięcej myślał o miłości. „Jak precyzyjnie zdefiniować kobiecość?” – pytał w jednym z tekstów w „Gazecie Polskiej Codziennie”. Znany z ostrego pióra Paweł Paliwoda był człowiekiem subtelnym. Gdy przychodziło do spraw życiowych, ważył słowa, dbał o formę i zachowywał dystans. Pełny szyk i galanteria. Nie pisał o sobie i o swoich doświadczeniach – bardziej interesowało go to, co na zewnątrz. Jego najbardziej osobiste wyznanie znalazło się w tekście o Kambei Shimadzie, ukochanym samuraju:

„Kambei Shimada – to wojownik-filozof. Mędrzec. Nie ma takiej siły – głodu, nędzy, przewagi rządzących łotrów, panów-bogaczy kształtujących opinię publiczną – która zmusiłaby go do oportunistycznej kapitulacji, do służenia tym, których postrzega jako nędznych pachołów i karierowiczów. Nie można przekupić Shimady. (…) To jest wojownik ubogi…”.

Taki był Kambei Shimada. Taki też był Paweł Paliwoda, którego poznałem w 2007 r., w upiornym budynku na Szucha, gdzie razem pracowaliśmy w gabinecie politycznym.

Żegnaj, Przyjacielu.

Mateusz Matyszkowicz



Pana Pawła poznałem bardzo późno. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie – Dorota Kania poprosiła, bym zamawiał u niego teksty. Do naszej redakcji wkroczył masywny, tęgi facet w czarnych okularach, ze srebrnym łańcuchem na szerokim karku i w czerwonej puchówce. A było lato. Zamówiłem u niego tekst na 700 znaków. Pisał go 7 godzin. Myślałem, że dostałem właśnie najgorszego współpracownika pod słońcem. Dość szybko zrozumiałem, w jakim byłem błędzie. Te 7 godzin na 700 znaków było efektem niesamowitego etosu pisanego słowa. Nie chodziło tylko o słowo, strukturę, brzmienie – choć zawsze bardzo Mu na tym zależało. Najbardziej imponujący był jego „risercz”. Pan Paweł był trochę kosmitą. Żył swoim życiem, myślę, że bliżej spraw obiektywnych niż tej żenującej iluzji III RP. Choć ta doksa bolała go bardzo. Wiem, że potrafił przyjść i nie mieć świadomości o najważniejszym wydarzeniu, o którym trąbiły wszystkie media od tygodnia. Denerwowało mnie to jako jego szefa. Ale też zawsze po tych 7 godzinach wiedział więcej, niż mógłbym sobie wymarzyć. A jeśli dawaliśmy mu dwa, trzy dni – zawsze mogłem mieć pewność, że tekst będzie perfekcyjny. Nie wiem, jak to robił. Mnie zajęłoby to dwa tygodnie. Mówię tu tylko o zebraniu informacji.

Po jakimś czasie Pan Paweł stał się nieodłącznym elementem mojej pracy w „GPC”. Nie tylko dlatego, że lubiłem jego teksty, a im więcej u niego zamawiałem, tym bardziej doceniałem jego styl. W pewnym momencie poznałem go z innej strony. Na naszym redakcyjnym balkonie przegadaliśmy mnóstwo czasu o Platonie. I tak połączyła nas wspólnota dziwaków redakcyjnych. Dziwak młodszy i dziwak starszy, który wiedział dużo więcej. Szczególnie o Stagirycie, okazało się, że pisał o nim doktorat. W jakiś absurdalny sposób to dzięki Panu Pawłowi czułem się czasem w tej redakcji bardziej u siebie, w domu.

Cóż, Panie Pawle, piszę to dużo za późno, ale szczerze. Świadomość, że już nigdy nie wyjdę na balkon w „GPC” i nie posłucham o Polis, Stagirycie i Barczystym, że nie pokłócę się z Panem o kwestie miłości, etyki arystokracji, o samurajach, powoduje, że trochę już nie wiem, jak się tam odnajdę. Dziękuję i przepraszam, że tak mało porozmawialiśmy.

Dawid Wildstein