Odejście Krzysztofa Bondaryka nie jest żadną niespodzianką. Można się jedynie dziwić, że szef ABW tak długo ostał się na stanowisku i dopiero teraz został „poproszony” o ustąpienie. Pośpiech, z jakim to zrobiono, nie zasięgając nawet opinii sejmowej komisji ds. służb specjalnych, przypomina tryb, w jakim przed pięciu laty powołano Bondaryka – bez przeprowadzenia konsultacji, nie czekając na opinię prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Antoni Macierewicz skomentował wówczas tę decyzję słowami, które wydają się odpowiednie również do obecnej sytuacji: „Nie wiem, jakie powody kierowały panem premierem Tuskiem, żeby dokonać takiego wyboru, czy w jakiej sytuacji pan Tusk się znalazł jako premier, może jako polityk, że uznał, iż musi podjąć taką decyzję”.

Powołanie wówczas na szefa największej służby specjalnej właśnie Krzysztofa Bondaryka – człowieka związanego z postkomunistyczną oligarchią, uwikłanego w niejasne interesy i owładniętego pasją gromadzenia komprmateriałów – było decyzją optymalną, zapewniającą układowi rządzącemu realizację celów politycznych i biznesowych. Nie miało nic wspólnego z profesjonalizmem kandydata, a tym bardziej z dobrem służb specjalnych lub bezpieczeństwem państwa. Gwarantowało natomiast nienaruszalność interesów oligarchii i wpływów ludzi peerelowskich służb. Trzeba pamiętać, że późniejsze regulacje prawne w sferze bezpieczeństwa zmierzały w kierunku zbliżonym do rozwiązań rosyjskich i dotyczyły m.in. centralizacji specłużb, przeprowadzonej zgodnie z sowieckim modelem „kułaka” – czyli „zaciśnięcia” wszystkich formacji wokół jednej struktury działającej na wzór KGB. Przez ostatnie pięć lat rolę tę doskonale spełniała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wyposażona w potężne instrumenty nadzoru nad procesami gospodarczymi i przepływem informacji. Wszystkie regulacje łączył wspólny mianownik – prowadziły do zwiększania uprawnień służb oraz rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem.

Tusk jak notariusz

Wydaje się, że podpisując przed pięcioma laty nominację Bondaryka, a dziś przyjmując jego rezygnację, Donald Tusk wypełniał jedynie rolę notariusza. Prawdziwych decydentów i mocodawców należało bowiem szukać w innych obszarach.

Gdy w kwietniu 2012 r. na łamach „Gazety Polskiej” opisywałem falę masowych odejść z ABW i policji, stwierdziłem, że los Krzysztofa Bondaryka wydaje się przesądzony i w najbliższej przyszłości należy spodziewać się jego dymisji.

Od wielu miesięcy mamy bowiem do czynienia z ofensywą środowiska Belwederu, zmierzającą do gruntownej przebudowy systemu bezpieczeństwa, w tym – do odebrania Agencji zaszczytnego miana „zbrojnego ramienia” grupy rządzącej i wykreowania nowej formuły reżimu prezydenckiego.

W numerze 20. kwartalnika Biura Bezpieczeństwa Narodowego z listopada 2011 r. znalazło się opracowanie Lucjana Bełzy zatytułowane „Pozycja szefów służb w sferze bezpieczeństwa pozamilitarnego”. W nim zaś zawarto projekty dotyczące gruntownych zmian w zakresie kontroli nad służbami specjalnymi. Widnieją tam postulaty: utworzenia ministerstwa administracji i cyfryzacji – w drodze przekazania z ABW i SKW zadań o charakterze administracyjnym wynikających z ustawy o ochronie informacji niejawnych; stworzenia w Ministerstwie Finansów jednej struktury uprawnionej do zajmowania się przestępstwami ekonomicznymi i korupcyjnymi, poprzez połączenie CBA z wywiadem skarbowym; podporządkowania ABW ministrowi spraw wewnętrznych i redukcji uprawnień tej służby; utworzenia jednej Agencji Wywiadu z wyodrębnionym pionem cywilnym i wojskowym (z połączenia Agencji Wywiadu ze Służbą Wywiadu Wojskowego) oraz jej podporządkowania ministrowi obrony narodowej, z zastrzeżeniem, że stanowiska dowódcze mają być obsadzane przez żołnierzy zawodowych. Po dokonaniu tych zmian wyłania się model służb, w którym wiodącą rolę (ze względu na uprawnienia) będzie pełniła Agencja Wywiadu osadzona w Siłach Zbrojnych RP i dowodzona przez zawodowych żołnierzy. W praktyce oznacza to powrót do koncepcji sprzed 2006 r., funkcjonującej w oparciu o układ personalny byłych Wojskowych Służb Informacyjnych. W tej koncepcji – wspartej również rekomendacjami Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) – prezydent, sprawujący zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi za pośrednictwem ministra obrony narodowej, będzie nie tylko faktycznym decydentem w kwestiach bezpieczeństwa, ale też uzyska realny wpływ na działania potężnej służby specjalnej.

Amber Gold jako ostrzeżenie

Lektura dokumentów prezydenckiego BBN oraz późniejsze działania ośrodka prezydenckiego nie pozostawiają wątpliwości, że dokonany już podział MSWiA oraz zapowiadana przez ministra Cichockiego na początku stycznia 2012 r. „zmiana systemu kontroli nad służbami” są autorstwa środowiska skupionego wokół Bronisława Komorowskiego. Podstawą tych procesów będzie ustawa o zmianie struktury służb specjalnych, opracowana w ramach SPBN.

Już wówczas było oczywiste, że rządowi Donalda Tuska przypisano rolę wykonawcy dyrektyw Pałacu Prezydenckiego, a dyspozycyjność w tym zakresie wydawała się decydująca dla przyszłości rządu. W tej perspektywie sprawa Amber Gold jawi się jako wyraźne ostrzeżenie, przynosząc środowisku premiera rodzaj propozycji „nie do odrzucenia”. W ramach tej „oferty” proponuje się m.in. odstąpienie od wzmacniania służb cywilnych i wykreowanie nowego rozdania, w którym wiodącą rolę odegrają ludzie wojskowej bezpieki. Warto zauważyć, że 7 września 2012 r. niejawny raport SPBN trafił do Bronisława Komorowskiego, a zaledwie kilka dni później, 18 września, zwołano obrady kolegium sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, podczas którego Donald Tusk zapowiedział natychmiastowe powołanie „zespołu roboczego do spraw zmian organizacyjnych i legislacyjnych w systemie służb specjalnych” oraz wykorzystanie rekomendacji zawartych w SPBN. Oznaczało to zgodę na ograniczenie kompetencji ABW i pełne podporządkowanie planom Belwederu.

Kilka dni temu szef BBN gen. Stanisław Koziej, komentując odejście Bondaryka, mógł zatem uznać, że „obrany kierunek zmian jest zbieżny z wnioskami ze Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego” i „w obecnej chwili nie ma różnic w tym zakresie pomiędzy ośrodkiem prezydenckim a strukturami rządowymi”.

Całość artykułu w "Gazecie Polskiej"