Od 28 grudnia do 17 stycznia wyciągi nie będą działać w związku z narodową kwarantanną.

Na Podhalu otwarte są największe stacje narciarskie, w tym: w Białce Tatrzańskiej, Zakopanem na Harendzie, Polanie Szymoszkowej oraz pod Nosalem, w Bukowinie Tatrzańskiej, Jurgowie i Czarnej Górze, Kluszkowcach oraz Suchem.

Chociaż od początku grudnia pod Tatrami nie padał śnieg, za to trzymał mróz, dlatego stacje narciarskie zdołały sztucznie zaśnieżyć trasy.

Gestorzy stacji narciarskich mówią, że obecnie nie mogą pozwolić sobie na zamknięcia, ponieważ liczą na odrobienie strat. Sztuczne śnieżenie tras trwa bowiem od połowy listopada, a każda doba śnieżenia to ogromne nakłady finansowe. Do tego dochodzą koszty zatrudnienia obsługi.

- My już od września przygotowujemy się do sezonu narciarskiego, a nasze stoki przed ogłoszeniem obostrzeń były już gotowe, więc nie możemy pozwolić sobie na zamknięcie. Koszty mamy duże i będziemy mieli jeszcze większe. W tym momencie nie możemy się wycofać, bo stoki są naśnieżane i liczymy na to, że druga połowa zimy będzie dla nas bardziej przychylna. Tej zimy liczymy na odrobienie strat i utrzymanie naszych pracowników, na tym nam w tej chwili najbardziej zależy

- powiedziała Katarzyna Strama z Centrum Szkoleń Narciarskich Nosal w Zakopanem.

Dodała, że nie ma pewności, czy rząd pozwoli na uruchomienie wyciągów po 17 stycznia.

- Jeżeli okaże się, że mielibyśmy nie ruszyć, oznaczałoby to dla nas kolejny miesiąc generowania kosztów. Dla nas ważne są konkrety, aby strona rządowa jasno zadeklarowała, że stoki będą otwarte, jeżeli zakażenia będą spadać lub będą nadal zamknięte. My wówczas moglibyśmy zaplanować inne działania

- dodała.