1 grudnia Parlament Królestwa Niderlandów przyjął uchwałę zobowiązującą rząd premiera Marka Ruttego do złożenia międzynarodowej skargi na Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dlaczego ta skarga zostanie złożona?

Oczywiście, można mówić, że w Niderlandach toczy się kampania wyborcza. To prawda Oczywiście, można podkreślać, że liberał premier Rutte walczy o trzecią kadencję i o swoisty rekord w najnowszej historii Królestwa Niderlandów. To prawda. Tyle, że to nie zmienia faktu, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej z siedzibą w Luksemburgu ten wniosek dostanie. A jego przewodniczący, Belg (a dokładniej Flamand) parokrotnie wypowiadał się o Polsce bardzo nieobiektywnie. Z wyraźnym politycznym temperamentem. W kontekście zmian wymiaru sprawiedliwości w Polsce W związku z tym, można powiedzieć, że Haga uruchomiła „bombę z opóźnionym zapłonem”. Jest to kolejny przykład na kompletny brak tego, o czym się tyle mówi, czyli europejskiej solidarności.

A dlaczego? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Bo przecież to Holandia, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii, jest największym beneficjentem rabatu. Holandia płaci do kasy Brukseli miliardy euro mniej rocznie, niż powinna, bo ma największy rabat. Ulgę w swojej składce członkowskiej. I Holandia za wszelką cenę chce tą ulgę utrzymać. Na drugim miejscu – uwaga - notowane są Niemcy. Skoro tyle mówimy o roli Niemiec, to też trzeba powiedzieć o ich rabacie.

Holandia robi wszystko, żeby mówiono o praworządności w Polsce, o cenzurze na Węgrzech, o korupcji w Czechach, o czymś tam jeszcze w Rumunii. Bo chodzi o to, aby nie mówić o fakcie, że holenderski rabat został utrzymany. A przypomnę, że w ramach dyskusji o reformie Unii Europejskiej, to polski premier Mateusz Morawiecki zgłosił projekt zwiększenia budżetu unijnego poprzez kasację wszystkich ulg i rabatów. I sprawdza się tu powiedzenie „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Holandia bowiem, natychmiast zaczęła nerwowo reagować i atakować Polskę, byle odwrócić uwagę od siebie.

A więc rząd Marka Ruttego tak bardzo troszczy się o polską praworządność po to, aby Holandia nie straciła swojego rabatu?

Dokładnie tak. Podkreślam jeszcze raz: choć polityka międzynarodowa to walka nie tylko o pieniądze, ale w dużym stopniu również o nie. Tak samo, jak walka o wpływy polityczne i finansowe. Po prostu Holandia - we własnym, egoistycznym interesie - robi wszystko, żeby uciec od tematu rabatu i tego, ile ten siódmy co do wielkości kraj Unii Europejskiej płaci, a ile płacić powinien.

Mówię to jako polityk z kraju, który na razie wpłaca do Brukseli cztery i pół miliarda euro składki członkowskiej. To warto powiedzieć Polakom. Bo to nie jest tak, że Unia nas utrzymuje. Za siedem lat będziemy płacić sześć miliardów dwieście pięćdziesiąt milionów euro rocznie. A za siedem, osiem lat – uwaga - w nowym budżecie wieloletnim staniemy się płatnikiem netto. Nasza składka członkowska do Brukseli przekroczy więc to, co będziemy z Unii dostawać na przedstawiane przez nas projekty. W związku z tym, to jest ostatni moment, żeby Polska skorzystała. I Haga te możliwości chce de facto blokować, czy ograniczać.

A co wyniknie ze złożenia na Polskę holenderskiej skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej? Co nam zagraża?

Teoretycznie, po długim dochodzeniu, będziemy mogli być znowu medialnie, propagandowo, politycznie grillowani. Być może będą próby nałożenia jakichś kar finansowych. Ale prawdę mówiąc, traktuję to jako kolejny element antypolskiego ataku, do którego przyzwyczaił nas holenderski komisarz Frans Timmermans. Widać, że chodzi tu o interesy holenderskie, o które dba się ponad podziałami politycznymi. Bo przecież Timmermans jest socjalistą, a Rutte liberałem. Socjalistycznej Partii Pracy Timmermansa nie ma przy tym w rządzie holenderskim, a mimo to, obaj panowie grają na wspólnej antypolskiej nucie.

Ale tak faktycznie – według Pana – nic nam nie grozi?

Zobaczymy. Jeżeli nie będziemy się bronić, jeżeli będą jakieś kary, a w Polsce zmieni się rząd, to domyślam się, że ów lewicowy, czy liberalny rząd będzie się kłaniał Brukseli po to, aby mieć spokój z mediami. Po to, żeby jego liderzy mogli otrzymywać jakieś kolejne doktoraty honoris causa, czy nagrody na uczelniach austriackich, lub niemieckich. Jak to było w przypadku Tuska. No, to wtedy coś nam grozi. Natomiast, jeżeli będziemy się bronić, to nic nam nie grozi.