Lisiewicz: „Czecia erpe” ludzie-zombie kontra jaskiniowa rebelia! Przejmująca książka o kibicach

Cholernie trudno przyznać się przed samym sobą, że cała nasza młodość nam minęła w czasach brudnego, wszechogarniającego oszustwa. „Czeciej erpe”, która przerabiała nas na gówno. „Normalsi” stawali się w tym świecie „ludźmi-zombie”. Ale żyli też tacy, co odrzucali wszystkie przyjęte przez społeczeństwo normy. „Z naszą bardzo jaskiniową rebelią byliśmy tak głupi, jak i szczerzy. W coś wierzyliśmy, nie byliśmy nastawieni na zysk. Baa – gotowi do poświęceń w imię idei... a to już dla >>czeciej erpe<< było potencjalnie zabójcze” – pisze Rafał Gołuch, czyli „Goły”, kibic Bałtyku Gdynia, autor książki „Rebel forever. Wieczna rebelia”. Nie czytałem lepszej książki o moim pokoleniu. Kto ma jeszcze w tych czasach chęć na śmiech, wzruszenia i filozofowanie, niech ten dłuuugi tekst przeczyta. Reszta niech go sobie odpuści – pisze dla portalu Niezalezna.pl Piotr Lisiewicz.

arch. autora

Jeśli nie wiedzieliście Państwo, jaki prezent kupić bliskim na Boże Narodzenie, no to już wiecie. To znaczy nie wszystkim, bo nie tym, którzy zemdleją podczas opisu pierwszej awantury. Ale jest to książka na pewno dla tych na prawicy, co podziwiają działania kibiców, ich oprawy, antykomunizm czy niedawną obronę kościołów, ale nie potrafią zrozumieć, skąd się to zjawisko wzięło.

Kilka tygodni temu kibice z grupy Prawicowy Bałtyk Gdynia, ubrani w stroje robocze, zamalowali w centrum miasta graffiti Strajku Kobiet, a potem wystawili władzom miasta fakturę za… naprawę elewacji. To właśnie próbka poczucia humoru Autora tej książki i jego kolegów.

„Promocje”, zdemolowane pociągi i wiara w Pana Boga

Zabawna anegdota, nie z książki Rafała Gołucha, a z życia. Gdy za rządów Tuska aresztowany został pewien, sporo starszy ode mnie, bardzo znany kibic, jego Mamę-staruszkę odwiedził ksiądz z jej parafii. „Wychowała Pani wspaniałego syna” – powiedział jej. Wzorowa parafianka omal nie zemdlała ze zdziwienia. Zawsze myślała, że syn to kawał łobuza, a tu ksiądz z błyskiem w oku ściska ją i mówi, że wszystkie parafialne wspólnoty modlą się za niego. Co to takiego? Ano Polska – ta Kmicica i Babinicza!

I o tym jest książka Rafała Gołucha. Szokujące dla wielu pomieszanie materii, gdzie opis zbijania luster i wyrzucania siedzeń z pociągu przez okna (sprzed 30 lat!) miesza się z diagnozami stanu polskiego państwa tak trafnymi, że aż zatrzymujemy się zdziwieni. Gdzie wspomnienia z tzw. „promocji”, czyli zbiorowego wynoszenia alkoholu ze sklepów i barów (łącznie z porożem jelenia ze ściany) sąsiadują z bezlitosną szyderą z bezmózgów, którzy nie rozumieją, kim stał się dla Polski w naszej epoce Jarosław Kaczyński. Gdzie nienawiść do instytucji edukacji łączy się z żarliwą wiarą w Pana Boga. Tak - tę książkę napisał gość nie kierujący się autocenzurą, poprawnością, przekazami dnia itp.

Pisze Goły bez ogródek:

„A więc byliśmy hedonistycznymi kretynami. Usprawiedliwiała nas trochę młodość… Nasza świadomość mieszała się z szaleństwem, bo przecież byliśmy małolatami, którzy życia jeszcze nie znają, a błędy - i to grube czasem – są w ten wiek wpisane, jak Wałęsa w księgę infamii polskiej historii”.

Tata - komendant strażaków wygnany za odmowę wykonania rozkazu

Jak odezwał się do mnie Goły? Było tak, że nagrałem odcinek „Wywiadu z chuliganem” o buncie internowanych w stanie wojennym w Kwidzyniu. Gdy wyszli oni na dach tamtejszego więzienia, bezpieka wezwała straż pożarną i kazała jej polewać ich z sikawek. Komendant strażaków okazał się człowiekiem szalonej odwagi. Odmówił wykonania rozkazu i nakazał strażakom odwrót.

Po ukazaniu się odcinka napisał do mnie Goły: ten komendant to mój Tata. A to wydarzenie zmieniło całe moje życie. Tata Gołego musiał z wilczym biletem wynosić się z Kwidzyna. A jego małoletni syn zapamiętał na całe życie scenkę, od której zaczyna się książka:

„Jechaliśmy pod plandeką ciężarówki Star, w padającym deszczu. Tyłem do kierunku jazdy, na domowej kanapie i całą rodziną. Siedzieliśmy patrząc na bryzgi wody letniego deszczu, rozpruwające się spod bieżnika opon. >>Kroplą deszczu namaluję cię<<… Patrzyłem w ten deszcz asfaltu i myślałem. Bardzo mocno i dobrze wiedziałem, dlaczego opuszczamy Kwidzyn, a pustka/cisza i zażenowanie ludzi wokół były bardziej niż wymowne. Ludzie się bali, ale współczuli... czego efektem była też cisza właśnie. Strach i współczucie. Właśnie zabito Solidarność”.

Mała dygresja: ktoś powie, że to nietypowy kibic. Nie wiem, czy aż tak bardzo nietypowy. Poniżej moje zdjęcie z roku 1988. Finał Pucharu Polski Lech-Legia na stadionie Widzewa w Łodzi. Za miesiąc mam skończyć 16 lat i pierwszy raz w życiu pojechałem na wyjazd. Siedzę jako małolat odrobinę przestraszony, jestem licealistą z pierwszej klasy, a więc człowiekiem z trochę bezpieczniejszego świata. Ale jakaś siła pcha w światy groźne - wokół same robotnicze twarze. Zresztą, zobaczcie sami:

Na stadiony chodzili w latach 80. najczęściej właśnie ci robotnicy, którzy podpadali. Z powodu niechęci do PZPR, ale i nadmiernie imprezowego stylu życia. A często z obu powodów, bo PZPR chciała kontrolować obywatela pod każdym względem. Być może to jest klucz do zrozumienia rodowodu polskiego ruchu kibicowskiego. Na mecze – które początkowo miały kanalizować emocje robotników zgodnie z planami władzy – chodzili ci, którzy się najmniej bali, a po spożyciu kilku piw wesoło wyzywali milicjantów. Kto czytał świetne opowiadanie Józefa Mackiewicza „Pochwała alkoholu”, ten zrozumie mechanizm.

Andrzej Gwiazda w filmie „Bunt stadionów” opowiada, jak po wyjściu z więzienia zobaczyli wraz żoną tłumy kibiców wracających z meczu Lechii Gdańsk. Byli w pierwszej chwili podłamani. No bo jak to, tu dzieje się historia, a ci jak gdyby nigdy nic bawią się na meczach… Byli podłamani do momentu, gdy usłyszeli, co krzyczy ten tłum: on ryczał „Solidarność”!

Zuchwała kradzież poroża ze sklepobaru

Początki III RP. Oto gdzieś na granicy Dolnego Śląska i Wielkopolski pewien pan Heniek założył interes, który przybrał nazwę dla tamtejszych czasów charakterystyczną – sklepobar. Chętnych do spożycia tego, co oferował, były codziennie setki.

Pewnego dnia pod sklepobar zajechały trzy autokary kibiców Bałtyku. Byli to obywatele pokrzywdzeni w czasie transformacji, której beneficjentem był pan Heniek. Rzecz potoczyła się, jak opisuje Goły, spontanicznie:

„Pierwszych kilka piw nawet ktoś kupił, ale potem pęczniejący tłum kolejki, w nasz naturalny sposób rozwinął swą ekspresję i styl – czego efektem (wśród wrzawy jako zasłony dymnej) byli kolejni młodzi ludzie, co rusz opuszczający ten przytulny lokal... każdy przeważnie z kratą, lub co najmniej kilkoma piwami w rękach. Naturalny ten proces, w zrozumiały sposób przyspieszył gwałtownie i po kilku minutach wszyscy już ładowaliśmy się do zakurzonych od pyłu kina drogi autokarów, wrzeszcząc na dziadów powożących by ruszali!”.

Opuszczając gościnny sklepobar, kibice postanowili pożyczyć sobie jeszcze poroże jelenia, wiszące na ścianie…

Jednak dobre kontakty pana Henia w kręgach lokalnej władzy spowodowały, że po iluś kilometrach milicyjna nyska zajechała kibicom drogę. Oddajmy głos Gołemu:

„Dziad powoźny musiał się zatrzymać. Funkcjonariusze nawet za bardzo się nie rzucali (wszak byliśmy rozbójnikami i złodziejami!), natomiast do środka wszedł Heniek i muszę przyznać, że mi zaimponował. Stanął na korytarzu i mówi tak: Chłopaki, pal licho to piwo, ale oddajcie poroże!”.

Poroże zwrócono.

Ot, dzikie czasy z początków transformacji, gdy była milicja nie wiedziała jeszcze, jak zachowywać się w nowym systemie – kto to jeszcze pamięta? Jeśli pobiłeś policjanta, policjanci w odwecie… bili ciebie, jeśli nie miałeś za sobą zbyt silnej ekipy. Natomiast takie biurokratyczne formalności, jak zarzuty karne za napaść na funkcjonariusza, pomijano.

Marcel Proust nie był kibicem Bałtyku i nie tłukł się z przeciwnikami

Książka Gołego jest niesłychanie barwnym opisem tego co przeżyliśmy - takich kibicowskich książek parę już powstało. Ale Goły nie poprzestaje na opisie, podejmuje z tą przeszłością dialog w oryginalnej formie literackiej. Jest to rozmowa ze zmarłym w 2017 r. przyjacielem, liderem kibiców Bałtyku, Rafałem Witulskim, czyli „Łysym”.

Bo Autorów książki jest oficjalnie dwóch, z tym że „Rafał Witulski” na okładce jest w czarnej ramce. Goły cytuje dawne artykuły Łysego z wydawanego wspólnie zina „Zadyma” i podejmuje rozmowę z nim - i samym sobą - sprzed ćwierć wieku. Wspomina rozmowy pod namiotem na Mazurach i pisze do przyjaciela:

„Ja nie chciałem zostać gitarzystą... W sumie nie wiem kim chciałem zostać, a co gorsza/lepsza, nie wiem kim zostałem! Droga trwa... Patrzymy przez uchylone wrota na siebie samych, porównując, żałując, zachwycając się... Czy to ta sama osoba? Czy i jak to działa, że przeszłość jest tak oddzielnym światem, tak bardzo zarazem stanowiącym nas, teraz? Każdy tak ma, wiem o tym, pisał o tym nawet Proust, ale on nie jeździł pociągami po całej Polsce tłuc się setkami kilometrów oraz z przeciwnikami, a więc perspektywa nieco inna”.

Jeszcze jedna opowieść z tego czasu, na wypadek, gdyby Czytelnik był za mało przerażony… Jak opisuje Goły podczas jednego z wyjazdów kierowca ich autobusu „przysnął za kółkiem, niczym Komorowski zawsze i wszędzie, czego efektem było ścięcie ochronnych barierek przy drodze i zawis autobusu trzymanego jedynie szczątkami tychże barierek, pod kątem bardzo ostrym... nad 9-metrowej głębokości bagnem!”. Sytuacja skomplikowana była o tyle, że gdyby pasażerowie otworzyli drzwi, musieliby wskakiwać do bagna. W tej sytuacji mogli opuścić autobus wyłącznie oknem kierowcy, zwróconym prosto do nieba, jak właz od czołgu.

Oswobodzeni zapukali do drzwi jakiejś chatki na pustkowiu, gdzie mieszkała starsza kobieta:

„Bardzo dobra była ta pani, bo od razu zaczęła nas częstować gorącą herbatą i bułkami z salcesonem. Widok iście surrealistyczny. Kilkudziesięciu rebelsów stojących grzecznie w kolejce po prowiant, otrzymywany z wiejskiej chaty, w nocy, nad ranem, gdzieś w Polsce…”.

Zaczęło robić się jasno i najedzeni kibice zdali sobie sprawę, że trzeba podjąć działania, umożliwiające powrót do Gdyni, no i dobrze, by był to powrót w kibicowskim stylu:

„My się niezwykle szybko adaptowaliśmy w nowych dekoracjach… Zapewnienie przyszłości (a więc i alkoholu), oznaczało zdobycie środków, poszliśmy więc po drewno do lasu”.

Dosłownie. Przydatne okazało się ciężkie zwalone drzewo. Relacjonuje Goły:

„Kilkudziesięciu młodych literatów wytargało je w poprzek drogi, umiejętnie i bezdyskusyjnie ją blokując!... W sumie można powiedzieć, że stosowaliśmy blokady dróg, zanim to było modne i zanim zrobiła to Samoobrona”.

By nikt z jadących drogą nie miał wątpliwości, że ma do czynienia z naprawdę groźnymi bandytami na przewróconym autobusie (!) rozpięta została wielka flaga Bałtyku.

Pisze dalej Autor:

„Kiedy opadły mgły o świtaniu, a droga miała ożyć, niczym w angielskim horrorze z lat 80., kierowcom ukazywał się z zawiesin, potężny, ponury konar... a zza niego pokaźna grupa, niezwykle podnieconych, młodych literatów o skacowanych twarzach. - Prosimy o opłatę za przejazd – komunikat był prosty”.

W owych czasach nie było telefonów komórkowych, a i organa ścigania działały bardzo powoli. Dlatego też większość kierowców płaciła i wtedy konar był odsuwany. Niektórzy zapłacić musieli według mniej korzystnej taryfy. Wyjaśnia Goły:

„Złożyło się też tak, że spotkaliśmy kilka samochodów niemieckich, z Niemcami w środku! No, ci już bulili jak za zboże!”.

Jak to w realiach tamtych czasów, nyska z funkcjonariuszami, którzy poprosili o ewentualne odblokowanie drogi pojawiła się po paru godzinach. Prośbę spełniono, gdyż „byt (czyli alkohol) na najbliższe kilka godzin był zapewniony” i kibiców zabrał autokar zastępczy.

Jim Morrison, tylko że lepszy, bo z Bałtyku

„Rebel forever. Wieczna rebelia” – ten podwójny tytuł książki jest znakiem tamtych czasów. Gdy hasła na meczach wzorowane na angielskich chuliganach były podwójnie zakazanym owocem, bo Zachód według komunistów to było zło.

Ciężkie były przeżycia rodziców, których los obdarzył takim potomstwem. Pisze Goły z charakterystyczną dla siebie ironią:

„Matka moja >>nienawidziła<< Siwego i Zyla – z powodów takich, że ci >>wykolejeńcy<< wyciągają jej idealnego syna ku rebelii; matka Siwego – z takich samych, acz odwróconych powodów >>nienawidziła<< mnie”.

Przejawy rebelii barwne bywały nad wyraz:

„Zżywaliśmy się ze sobą, a więc picie przepalanki u Bąbla na Obłużu, przygodne koleżanki, rower wyrzucony z 8 piętra, tata milicjant goniący tego i owego w gaciach po działce – za swe odkrycie, jakim było zastanie córki rano na tejże działce z młodym i bezczelnym gnojem, który mówi: dzień dobry... po czym spieprza przez okno, a za nim tata pies z siekierką”. I dalej: „Byliśmy jak Jim Morrison, tylko że lepszy bo z Bałtyku – niczego się nie baliśmy, życie było wieczną euforią!”.

„Korzystając z gościnności Żydów z Empiku”

Zapytają ci, co nie znają świata kibicowskiego: jak to jest, że ten gość potrafi tak barwnie pisać? Ano styl Rafała Gołucha kształtował się w jednej z najlepszych szkół. Wiem, bo sam skończyłem ten akurat uniwersytet. Szkołą tą były ziny, czyli odbijane na powielaczu lub ksero – od kiedy się pojawiło -gazetki.

Kibice Bałtyku wydawali wspomnianego, znakomitego, znanego całej kibicowskiej Polsce zina „Zadyma”, który wysoki nakład – jak opisuje „Goły” - zawdzięczał temu, że jego redaktor naczelny podjął pracę… kierownika magazynu w Empiku. To otworzyło przed pismem niesamowite możliwości, które „Goły” opisuje tak:

„Druk odbywał się bezczelnie i za darmo, korzystając z niezamierzonej gościnności Żydów z Empiku. Ksero w biurze natłukło setki i tysiące >>Zadym<<, my zaś oficjalnie byliśmy pracownikami magazynu, gdzie przyjmowaliśmy na stan książki, muzykę, perfumy… ale kobiet i wódki nie”.

Cóż, praktyka okazała się inna, ale oprócz kobiet i wódki, do magazynu Emipiku wkroczyła kibicowska twórczość:

„Jak widać robiliśmy na maksa, pełną parą w kulturze i aż dziwne, że nie zaprosili nas wtedy do magazynu o takiej tematyce pt. >>Pegaz<<”.

„Komunistyczne blerwy, tzw. dyrektorki szkół”

W latach 80. byliśmy dziećmi, w czasie transformacji nastolatkami – tak czasowo umiejscawia opisywane wydarzenia Goły. Gdy pisze o czasach szkolnych, jak często w naszym pokoleniu, zwyczajny bunt dzieciaka przeciwko szkole miesza się nienawiścią do komuny:

„Młode nauczycielki rosyjskiego, wtedy niezbędne >>flecistki<<, >>rusałki<< i stare, komunistyczne blerwy, tzw. dyrektorki szkół – z takimi zawsze miałem na ostro”.

Z radiowęzła szkolnego wyrzucony został za puszczanie piosenki „Spytaj Milicjanta” „Dezertera”. Za chodzenie w szkole ze znaczkiem Solidarności zagrożono mu „dochodzącym lub zamkniętym odwykiem”. Pytał:

„Hah! Tylko że od czego niby miał być ten odwyk...? Od k… myślenia? Od myślenia? A może od mojego rebelskiego charakteru? A może od Polski? Oni mi powiedzieli, że niby od alkoholu – a przecież tylko raz – i to był w ogóle pierwszy raz – spiłem się do... konkretnie, na klasowych >>połowinkach<< w knajpie Pod Papugami w Wejherowie. Coraz bardziej stawałem się outsiderem, czego w sumie nie mówię z jakąś dumą, ale też nie ze wstydem”.

W książce mamy całą barwną panoramę ludzi szukających wolności, innej rzeczywistości - punkowców, metali, skinheadów. Czasem zupełnie innych od swoich odpowiedników w innych krajach, bo Polska zawsze była i będzie inna…

Goły pisze o roli kibiców, którzy w okolicach 2011 r., początków buntu przeciwko Tuskowi stali się zapalnikiem, od którego zaczęła się odbudowa pamięci o Żołnierzach Wyklętych, czy, szerzej, historycznej tożsamości Polski:

„W planowo rozmontowywanej Polsce >>czecia erpe<<, my stanowiliśmy ten zapalnik, który trzeba było zneutralizować i po to >>zrobiono<< krętacza i szalbierza, niejakiego Owsiaka. Piszę o tym dlatego, że ruch kibicowski na początku lat 90. chyba (sic!) powstawał trochę w opozycji do modelu >>Rower Błażeja<<, czy >>Luz<<, a więc przekazów bezrefleksyjnych i bezwartościowych. Wszystkich Polaków – ale młodzież w szczególności – chciano oszukać, co się poniekąd udało, ale tylko do czasu”.

Prawda ryje ludzkie dusze!

Jak wspomniałem, to co różni książkę Gołego od wielu innych, to konsekwentnie wyciągane wnioski. Pisze o wyjątkowości świata prawdziwych buntowników w „czeciej erpe”:

„Patrz Człowieku: mówisz >>nie<<, gdy wszyscy mówią >>tak<<, a potem jesteś już ponad chmurami. Nie dotkną Cię ludzie, choć kłamstwo będzie próbowało złamać. Świętym nie będziesz, ale poczułeś wolność – mówiąc: Nie! Raz wypowiedzianego słowa Prawdy nic już nie wymaże! Dlatego tak mocno ryje ta Prawda ludzkie dusze, bo jest nie z tego świata, a człowiek wystawiony na działanie Prawdy, w niej staje”.

Dygresja do kibiców: w jednej sprawie Goły pisze, mówiąc potocznie, nieprawdę. Oczywiście niesprawiedliwa jest jego krytyka wrogów z tego samego miasta - kibiców Arki Gdynia. Co jest równie oczywiste, jak to, że kibic Widzewa nie oceni obiektywnie kibiców ŁKS-u, a kibic Wisły kibica Cracovii itp.

Ale poza tym książka Gołego, jakby to patetycznie nie zabrzmiało, jest stawaniem w prawdzie. Porusza tematy tabu, także w kibicowskim środowisku. Bez cenzury opisuje swoją ekipę, ale także deformowanie, patologizację przez III RP światów w jakiś sposób pokrewnych. Jest krytycznie o chuligańskich bojówkach, etosie „dobrych chłopaków”, Fame MMA, hip-hopie, policji, ale i antypolicyjnej ideologii obowiązującej wśród kibiców. Także o narodowcach i tych co do spółki z TVN i GW zaczęli atakować Jarosława Kaczyńskiego. O nich pisze ostro:

„nie mają >>podjazdu<< do jego kapci, które są 10 razy mądrzejsze od domorosłych >>strategów<<, >>ideologów<<, >>idealistów<< o dużym ego, a małym móżdżku, sercu królika i duchowości sowieta”.

Goły przygląda się surowo temu światu tylko pod jednym kątem – spełnienia marzenia o budowie niepodległej Polski, teraz, z naszym udziałem. To z punktu widzenia tej idei ocenia zjawiska społeczne, z którymi mierzymy się z rzeczywistości roku 2020. Dość już kłamstw, teraz my musimy być silni i mówić tylko prawdę. Czego się boicie, prawdy? Prawdy niech boją się komuniści!

To dlatego kibice Bałtyku Gdynia odstają nieco od reszty kibicowskiego świata, prezentując jednoznaczne stanowisko w sprawie aborcji. Poczytajcie o tym na facebooku „Bałtyk Gdynia Kibicowsko”, tam wszystko jest wyjaśnione. To, co obrazują poniższe niecodzienne wlepki:

A ty raczej tego nie rób…

A tak na koniec… Nasza historia, tych w naszym pokoleniu, którzy odważyli się iść pod prąd, była właśnie taka, jak opisał „Goły”. Czy polecamy ją dzisiejszej młodzieży? Raczej nie. Nie? No nie. Na pewno? Ależ to skomplikowane. Na tyle, że na koniec oddam jeszcze raz głos Gołemu:

„Wszyscy żałujemy wielu rzeczy, ale ogień jest po to, by płonął. Nie wybraliśmy - tacy jesteśmy. Tacy byliśmy. Raczej nie próbuj tego robić na siłę i raczej w ogóle nie próbuj, bo to jest ból, ten ogień boli. Jednak nasza droga była właśnie taka. Kochaliśmy ją i kochaliśmy siebie nawzajem! Bycie z sobą i w tej drodze!...To nawet chyba nie ma nic wspólnego z kibicowaniem. Ja to wiem, Ty to wiesz i Ty Łysy też to wiesz.
...A Ty tego nie rób chłopaku, dziewczyno! Raczej nie rób. Ty żyj normalnie skoro teraz możesz, pomimo tego, że powiem Ci na koniec i tak wciąż to samo: Rebel forever!!!”.

 

 

Źródło: niezalezna.pl

#kibice #Piotr Lisiewicz

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo